środa, 11 grudnia 2013

Kronika końca świata

„Kronikę końca świata” na tle polskich reportaży wyróżnia kilka rzeczy. Po pierwsze, agresywna, jaskrawa okładka (przedstawiająca mural w pobliżu placu Tahrir w Kairze). Po drugie, styl. Książa napisana jest bez zadęcia i bez stylistycznego efekciarstwa, z którym tak często spotykam się w tekstach polskich reporterów. A Jakub Mielnik po prostu jedzie, obserwuje i przelewa wrażenia na papier. Co jest zaletą, bo daje wrażenie autentyczności, ale bywa i wadą, o czym za chwilę.


Pierwsza część książki to migawki z końca lat 80. ubiegłego wieku. Socjalistyczna Europa Wschodnia dogorywa, wyprawy za żelazną kurtynę rozczarowują – nawet Londyn i Paryż nie przypominają wymarzonego raju. Zdecydowanie bliżej im do piekła, jako że autor włóczy się po zapyziałych dzielnicach, podrzędnych klubach i wśród szemranego towarzystwa. Zapowiadanego końca świata czeka się tu jak zmiłowania, wszystko będzie lepsze, jak się wydaje, niż wszechobecna zgnilizna.

Katastrofa jednak nie nastąpiła, więc z początkiem nowego milenium Mielnik zmienia kierunek i rusza do Azji. Będzie w Iraku, Kambodży i Japonii, będzie również na Filipinach i na Sumatrze. Niekoniecznie w centrum ważnych wydarzeń (wojny, procesy zbrodniarzy wojennych, tsunami), na pewno nie w kurortach, ale raczej wśród zwykłych ludzi: taksówkarzy, drobnych handlarzy czy studentów. Ci przygodni towarzysze podróży mówią o specyfice regionu czasem więcej niż doniesienia prasowe czy telewizyjne spoty.

Wszystko to mogłoby złożyć się na dobry, oryginalny zbiór reportaży, gdyby nie chaotyczna narracja, niepotrzebne wtręty z życia prywatnego autora czy drobne niedyskrecje dotyczące znanych osób. Znacząco uprzykrzają lekturę, podobnie jak niezbyt staranna korekta tekstu. Przy ingerencji dobrego redaktora "Kronika..." byłaby niewątpliwie o wiele lepsza, w obecnym kształcie pozostaje niewykorzystaną szansą.

__________________________________________________________________

Jakub Mielnik "Kronika końca świata", Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2013
__________________________________________________________________


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Wypieki świąteczne wg Olgi Tokarczuk

[...] Potem zaczęły się wypieki. Najpierw pieczono pierniki według polskich przepisów pani domu. Greta wyciągała blaszane foremki i pozwalała małej Linie wycinać serduszka, pieski i ptaszki. Pani Eltzner sama ozdabiała kolorowym lukrem piernikowe anioły, które miały potem zawisnąć na choince. Po piernikach szły ciastka posypane cukrem i zamykane do czasu świąt w blaszanych pudełkach, a także kruche makaroniki, migdałowe i orzechowe, i maleńkie babeczki do wypełniania kremem. Wreszcie nadchodził czas na ciasta i wtedy kulinarne mistrzostwo pani Eltzner osiągało niebywałe wyżyny. Były więc biszkopty ubijane nad parą z ogromnej liczby jajek, strudle i bezowe podkłady do tortów. Na końcu pani domu piekła ptysie, które w czasie świąt napełniało się bitą śmietaną. Resztę zostawiano na potem: wszystkie te kremy, polewy, galaretki. Na potem zostawiano też ulubione ciasto pana Eltznera, które nazywało się „użądlenie pszczoły”. [...]

Olga Tokarczuk „E.E.”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1995, s. 77



Użądlenie pszczoły było dla mnie nowością, ale wygląda na to, że m.in. na Dolnym Śląsku jest to dość znane ciasto. Nic dziwnego, bo receptura pochodzi z Niemiec. Pierniki są zapewne mniej kaloryczne, ale co szkodzi poczytać i wyobrazić sobie smak tego wypieku.;)

Użądlenie pszczoły

Ciasto:
4 jajka
15 dag cukru
12,5 dag mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
posiekane migdały
gruby cukier, może być brązowy

Krem:
0,5 l mleka
1 budyń waniliowy
300 g masła
200 g cukru pudru
1 łyżka cukru wanilinowego
1 całe jajko
2 żółtka

Ciasto: Jajka wbijamy do miski, dodajemy cukier i ucieramy mikserem na puszystą masę, do masy dodajemy przesianą mąkę połączoną z proszkiem do pieczenia, mieszamy. Ciasto wylewamy do tortownicy o śr. 24 cm, wysmarowanej masłem i posypanej bułką tartą. Ciasto posypujemy migdałami i cukrem, wstawiamy do nagrzanego piekarnika do 170 stopni i pieczemy 35 minut. Studzimy.

Krem: W niepełnej szklance mleka mieszamy budyń, cukier, jajko i żółtka, natomiast pozostałe mleko gotujemy. Gdy zawrze wlewamy je do masy jajecznej (nie odwrotnie gdyż masa może się zwarzyć) i wstawiamy na moment na niewielki ogień aż masa zgęstnieje. Masę należy stale mieszać i uważać uważać, by się nie zagotowała. Gdy zgęstnieje, studzimy ją w kąpieli wodnej.

Masło miksujemy aż zbieleje dodajemy cukier, mieszamy, dodajemy budyń i ucieramy aż składniki się połączą. Gotowym kremem przekładamy ciasto, odstawiamy aż dobrze stężeje.

piątek, 6 grudnia 2013

Utarte ścieżki

Karierę Haruki Murakamiego obserwuję z boku od około dziesięciu lat. Przeczytałam „Sputnik Sweetheart”, który niezbyt mi się podobał oraz „Na południe od granicy, na zachód od słońca”, które podobało mi się bardzo. Ciąg dalszy tej znajomości nie chciał nastąpić, niemniej z zaciekawieniem przyglądałam się rosnącej popularności Japończyka w Polsce i na świecie. Najbardziej w tym wszystkim zaskakują mnie pojawiające się od kilku lat pogłoski, jakoby już, już w tym roku Murakami miał zostać laureatem literackiej Nagrody Nobla. Moim zdaniem pogłoski mocno przesadzone, ale w końcu artyści się rozwijają, a mnie mogło coś umknąć.


W „Bezbarwnym Tsukuru Tazaki…” znalazłam elementy znane z poprzednich powieści tego autora, czyli: samotność, niezamknięte sprawy z przeszłości, pogrążenie w letargu oraz tajemnicze wydarzenia. Styl również wydał mi się znajomy – jest prosty aż do bólu. Niestety Murakami idzie znacznie dalej i prostotę przypisuje także umysłowi odbiorcy. Przekaz powieści jest sformułowany nader wyraźnie, a na wypadek, gdyby czytelnik stracił czujność, powtórzony kilkakrotnie. Podobnie rzecz ma się z budowaniem postaci: nie ma mowy, aby metaforyczna bezbarwność głównego bohatera uszła uwadze czytelnika, ponieważ dokładnie omówi ją i narrator, i sam Tsukuru. Wszystko podane jest na tacy, łącznie z interpretacją tytułu nawiązującego do utworu Liszta „Le mal du pays”, który często w powieści powraca.

Nie wątpię, że bohater z problemami, wątek miłosny i japońska otoczka mają swój urok. Dla mnie najnowsza powieść Murakamiego ma go niewiele – owszem, lektura jest przyjemna, niestety niewiele z niej wynika. Rozczarowuje przede wszystkim dosłowność, tak niezwykła w kulturze, z której autor się wywodzi. Pisarze japońscy na ogół wspaniale łączą prostotę z finezją, tymczasem tej ostatniej brakowało mi w „Bezbarwnym Tsukuru Tazaki…” najbardziej. Nie tędy droga do Nagrody Nobla.

__________________________________________________________________________________________

Haruki Murakami „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”, tłum. Anna Zielińska-Elliott, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2013
___________________________________________________________________________________________



środa, 4 grudnia 2013

Styczniowe spotkanie Klubu Czytelniczego

Andor i jego matka tworzą toksyczny związek dwojga ludzi, uwięzionych w ciasnym mieszkaniu. On jest pisarzem, ona - opuszczoną, dawno zapomnianą aktorką teatralną, której odmówiono prawa do grania po tym, jak jej córka wyemigrowała z kraju po rewolucji roku '56. Kobieta od lat nie wychodzi z domu, z którego zrobiła scenę - odgrywa gwiazdę, a jej syn widownię. Biorąc za tło polityczne zawirowania lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kiedy na Węgrzech dochodzi do zmiany ustroju, Attila Bartis z niezwykłą subtelnością wnika w skomplikowane relacje uczuciowe, pokazując, jakie są następstwa choroby lekceważąco nazywanej zaborczością. 
  
Mam nadzieję, że notka wydawcy zachęci Was do lektury "Spokoju" Attili Bartisa oraz dyskusji. Powieść mocna, ale z pewnością zasługuje na uwagę. Książkę można kupić za kilka złotych w naziemnej księgarni dedalus.pl.

Początek dyskusji w piątek 17 stycznia 2014 r.
 
Gorąco zachęcam do wspólnego czytania i rozmowy.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Maestro

„Maestra” miałam nie czytać ze względu na odstręczający temat, na dodatek sprawa poznańskiego dyrygenta wydawała się oczywista: są ofiary pedofilii, jest prawomocnie skazany przestępca, nie ma zatem o czym dywagować. A jednak. O lekturze przesądził wywiad z autorem zamieszczony w Dużym Formacie (nr 45 z 7.11.2013 r.), a dokładnie dwa fragmenty. W pierwszym Marcin Kącki mówi o zaskakującym odkryciu w śledztwie:

Kiedy miałem zebrany materiał, poszedłem do Kroloppa i usłyszałem od niego coś, co zwaliło mnie z nóg. Kiedy zapytałem go o M., przytoczyłem szczegóły jego opowieści, usłyszałem: "Jeśli to prawda, to po co dał mi do chóru swojego syna?". Później Kroloppa aresztowano, skazano, ale we mnie pozostała masa pytań, na które wtedy, w 2003 roku, nie byłem w stanie odpowiedzieć. To było jedno z nich: jakim cudem ktoś seksualnie wykorzystywany w dzieciństwie wysyła własne dziecko do chóru kierowanego przez swojego prześladowcę? To pytanie wiązało się z kolejnym: dlaczego milczeli?

Drugi fragment był jedną z odpowiedzi na ostatnie pytanie o milczenie, a udzielił jej były dyrektor wydziału kultury w urzędzie wojewódzkim, pełniący za PRL-u kontrolę nad chórem:

Mówił: "Wszyscy wiedzieli". A kiedy pytałem, dlaczego milczał, usłyszałem: "Najważniejszy był poziom i występy. Im więcej było wyjazdów, tym lepsza była prasa, telewizja, a ja byłem z tego rozliczany, bo taka była moja praca. Te sprawy trzymało się pod kocem, bo były inne priorytety. Gdyby to wszystko wyszło na jaw, miałbym duże kłopoty, dlatego jedna czy druga dupa chłopaka mnie nie interesowały, ja wolałem mieć poziom chóru".

W reportażu Kąckiego absolutnie wszystko jest interesujące: główny bohater (nie bez powodu porównywany do szekspirowskiego Jagona), jego bezpardonowa walka o stanowisko w chórze, współzawodnictwo z chórem Stefana Stuligrosza oraz przebieg procesu sądowego. Najbardziej frapująca wydała mi się jednak kwestia milczenia oraz postawa rodziców chórzystów. Niesamowite są tłumaczenia urzędników, że owszem, o obłapianiu chłopców mówiło się, ale nie było skarg na piśmie, że nikt nikogo za rękę nie złapał, że dyrygent był „ustawiony” i nic nie można było mu zrobić, że to przecież taki kulturalny pan.

O wiele bardziej zastanawia stanowisko części rodziców, którzy świadomi pogłosek o niewłaściwych zachowaniach dyrygenta oddawali pod jego opiekę synów. Niektórzy intensywnie zabiegali, aby „maestro” dostrzegł ich dziecko i zapewnił mu wysoką pozycję w chóralnej hierarchii, lekceważąc jednocześnie sygnały o podejrzanych zabawach podczas wyjazdów chóru. Słowo „wyjazd” jest tu zresztą kluczowe: chórzysta zaaprobowany przez dyrygenta mógł liczyć m.in. na lukratywne występy zagraniczne, które w czasach PRL-u zapewniały kilkumiesięczne utrzymanie całej rodzinie w Polsce. Po upadku socjalizmu przelicznik był już inny, motywacja niektórych rodziców wciąż identyczna: szybkie i duże zarobki dziecka. Nie sztuka, nie uznanie, ale pieniądze.
 
Czyta się to wszystko z szeroko otwartymi oczami, choć nie o szokowanie Kąckiemu chodziło. W posłowiu pisze o specyfice poznańskiego wychowania i mentalności, w tym o nawyku przemilczania problemów. Jak pokazuje książka, przemilczano również przestępstwa, choć znaleźli się nieliczni odważni, którzy protestowali głośno. „Maestro” to rewelacyjny reportaż o narodzinach zła i jego bujnym rozkwicie. Bulwersuje treścią, imponuje tytaniczną pracą autora. Czapki z głów.

__________________________________________________________________________________________

Marcin Kącki "Maestro. 40 lat milczenia o skandalu w mieście zasłoniętych firanek" Wyd. Agora, Warszawa 2013.
__________________________________________________________________________________________