poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Dzianina z mięsa - Katarzyna Bielas


"Dzianina z mięsa" to zbiór wywiadów z ludźmi kultury i sztuki przeprowadzonych przez Katarzynę Bielas w latach 1998-2008, a drukowanych w Dużym Formacie i Wysokich Obcasach. I bez względu na to, czy dany rozmówca jest czytelnikowi znany czy też nie, są one bardzo wciągające. Uderza w nich naturalność, artyści opowiadają dużo i chętnie, zupełnie jakby rozmawiali z dobrą znajomą.


Największym odkryciem był dla mnie wywiad z Bożeną Umińską-Keff, której nazwisko wcześniej słyszałam, ale nie kojarzyłam z niczym konkretnym. Z racji żydowskiego pochodzenia losy jej rodziny były dosyć burzliwe, relacje z matką także nie należały do łatwych. Na co dzień zajmuje się badaniami genderowymi i twórczością literacką. Równie ciekawa była rozmowa z prof. Marią Janion, która pozwoliła poznać ją od strony bardziej prywatnej. Zupełną nowością były dla mnie opowieści o polskim ruchu hipisowskim (Kamil Sipowicz) czy o kręceniu filmu dokumentalnego "Wielka cisza" na temat alpejskiego klasztoru o surowej regule (Philip Gröning). Z dużą przyjemnością przypomniałam sobie wywiad z reżyserem teatralnym Krystianem Lupą i operatorką/reżyserką filmową Jolantą Dylewską. Podobnie było w przypadku Janusza Gajosa i Janusza Głowackiego - mimo że udzielają wywiadów od lat, ich wypowiedzi zawsze są interesujące.

Nie ma tu nudnych tekstów, każdy jest wart lektury. Autorce można tylko zazdrościć umiejętności otwierania rozmówców, nie wszystkim się to udaje. Dla mnie książka jest na tyle inspirująca, że z pewnością zaowocuje przeczytaniem kilku innych m.in. "Żyjąc tracimy życie" Janion i "Postać z cieniem. Portrety Żydówek w polskiej literaturze" Umińskiej-Keff. A skoro inspiruje, to już dużo.

Katarzyna Bielas, "Dzianina z mięsa", Wydawnictwo Czarne, 2009

piątek, 27 sierpnia 2010

Hełm grozy - Wiktor Pielewin


"Hełm grozy" to praca na zadany temat czyli interpretacja dowolnego mitu lub legendy na nowy i oryginalny sposób. Wyzwania zainicjowanego przez Wydawnictwo Canongate podjęli się m.in. Margaret Atwood, Michel Faber, Jeanette Winterson, a także Olga Tokarczuk. Wiktor Pielewin wybrał mit o Minotaurze i Tezeuszu, z labiryntem w roli głównej. Przyznam, że pomysł wyjściowy miał przedni.


Autor osadził akcję w wirtualnym świecie internetu. Bohaterowie to uczestnicy czatu, którego wątek został założony przez samą Ariadnę (sic!). Każdy z nich znalazł się w tajemniczy sposób w dziwnym pokoju, z którego usiłuje wyjść i dotrzeć gdziekolwiek - niestety bez większego powodzenia. Sytuację utrudnia fakt, że uczestnicy znają tylko swoje nicki i na mają nawet pewności, czy znajdują się blisko siebie. Jest to pierwszy z labiryntów, z jakim mamy do czynienia w książce. Pojawi się ich więcej, okazuje się bowiem, że ile osób, tyle labiryntów i u Pielewina tak właśnie jest.

Mnogość interpretacji "Hełmu grozy" jest jego niewątpliwą zaletą. Można rozpatrywać go od strony naukowej, filozoficznej, a nawet religijnej. Nie bez znaczenia są także pseudonimy bohaterów, dające dodatkowe tropy (Romeo, Izolda, Dziadek do orzechów, Sartre). Książka - będąca zapisem czatu - jest tylko pozornie łatwa w odbiorze; chcąc wgryźć się we wszystkie teorie, trzeba się nieco natrudzić. Mnie się to nie udało - miałam wrażenie, że autor sam się zapętlił i zagubił we własnym labiryncie. Ścieżek mnóstwo, a właściwego wyjścia brak. Można naturalnie uznać, że to celowy zabieg mający potęgować wrażenie błądzenia, do mnie jednak nie przemawia.

Podsumowując - efekt końcowy nie zachwycił mnie. Sam pomysł to nie wszystko, choć wiele dobrego zapowiadał. W miarę czytania miałam coraz większą chęć na odłożenie książki. Po wcześniejszych lekturach "Generation P" i opowiadań "Omon Ra" zaczynam się obawiać, że pisarstwo Pielewina to po prostu nie moje klimaty.

Wiktor Pielewin, "Hełm grozy", tłum. Małgorzata Buchalik, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2006

środa, 25 sierpnia 2010

Sceny z życia małżeńskiego - Ingmar Bergman


Najpierw był 6-odcinkowy serial telewizyjny, później wersja kinowa, a na koniec niniejszy literacki zapis filmu. Książka jest zapewne dużym skrótem pierwowzoru (ma zaledwie 160 stron), ale znać w niej rękę mistrza, a raczej oko bystrego obserwatora. W sześciu odsłonach Bergmanowi znakomicie udało się oddać meandry dojrzałego związku damsko-męskiego.


Marianne i Johana poznajemy przy okazji wywiadu dla pisma kobiecego, są wówczas małżeństwem z 10-letnim stażem. Pozornie szczęśliwa para osiągnęła swoją małą stabilizację, spełniają się w życiu rodzinnym i zawodowym. Jak nietrudno się domyślić, te solidne fasady z czasem zaczną ulegać destrukcji. W kolejnych scenach sytuacja głównych bohaterów będzie stale ulegać zmianie, zmienią się także oni sami. Dawni triumfatorzy staną się przegranymi, słabi nabiorą siły i pewności siebie, co z kolei również nie potrwa wiecznie. I to właśnie jest największym atutem tego tekstu - rewelacyjnie podpatrzone niuanse pożycia małżeńskiego, gierki stosowane przez partnerów, czasem wojny psychologiczne.

Książka składa się wyłącznie z dialogów i drobnych uwag scenicznych, a mimo to jest bardzo sugestywna. Co więcej, upływ 37 lat w ogóle jej nie zaszkodził. Dla mnie jest przede wszystkim bardzo prawdziwa, chciałoby się powiedzieć: samo życie.

Ingmar Bergman, "Sceny z życia małżeńskiego", tłum. Maria Olszańska, Karol Sawicki, Wydawnictwo Poznańskie, 1984

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Ruski ekstrem - Boris Reitschuster


Ruski ekstrem - takim mianem określają Rosjanie wszystkie przeszkody i bezsensy, które oferuje im codzienność. Autor postanowił je opisać, aby ewentualnym turystom przybliżyć ten egzotyczny kraj i ułatwić jego zrozumienie (o ile to w ogóle możliwe). Po lekturze książki sporo osób może w ogóle z wycieczki zrezygnować, ponieważ obraz Rosji wyłaniający się z felietonów Reitschustera nie jest zbyt zachęcający. Barwny i szalony - na pewno, pozytywny - w niewielkim stopniu.


Niemiecki dziennikarz skupił się na absurdach życia rosyjskich obywateli, sypie nimi jak z rękawa i choć przedstawione dowcipnie, po pewnym czasie zaczynają nużyć. Człowieka Zachodu przytoczone historyjki mogą bawić, mogą też szokować, Polskiemu czytelnikowi wiele z nich może wydać się znajoma, a nawet znana z autopsji. W moim odczuciu tekstom Reitschustera brakuje przede wszystkim głębi, tylko od czasu do czasu sięga do źródła problemu i szerzej naświetla problem. Szkoda, bo niewątpliwie po 20 latach spędzonych w danym kraju można o nim powiedzieć bardzo dużo.

Tymczasem po lekturze niniejszej książki utrwala się stereotyp Rosji jako państwa bezprawia, korupcji i biurokracji. Rosjanie to naród prosty, a zarazem cwany, lubiący na wszelkie sposoby (najczęściej sprzeczne z przepisami) ułatwiać i uprzyjemniać sobie życie. Nawet jeśli wiele w tym prawdy, to z pewnością istnieją także inne oblicza tej fascynującej nacji, które zasługują na podkreślenie. Przy całym moim uprzedzeniu do Rosjan uważam, że książka jest dość tendencyjna, często także podkoloryzowana.

"Ruski ekstrem" sprawdzi się prawdopodobnie jako lekka lektura wakacyjna. Czyta się go szybko i przyjemnie, mnie jednak rozczarował. Jeśli ktoś szuka rzetelnej wiedzy o naszych sąsiadach, to może lepiej sięgnąć po reportaże polskich dziennikarzy.

Boris Reitschuster, "Ruski ekstrem. Jak nauczyłem się kochać Moskwę", tłum. Sylwia Miłkowska, Carta Blanca, 2010

piątek, 20 sierpnia 2010

Lód i woda, woda i lód - Majgull Axelsson


Tym razem bez zachwytu. Powiem więcej - niemal z ulgą zakończyłam lekturę. Po pierwsze, książka jest w moim odczuciu przegadana, śmiało można byłoby ją skrócić o ok. 100 stron. Po drugie, nic nowego nie odkrywa, autorka "drepcze" wciąż po tym samym terenie czyli pisze o rodzinnych problemach i kobiecym odkrywaniu siebie. Inna rzecz, że czyta się ją bardzo dobrze.


Punkt wyjściowy powieści stanowi wyprawa lodołamaczem Odyn na Ocean Arktyczny. Bierze w niej udział ponad 60-osobowa grupa naukowców, a także główna bohaterka Suzanne, autorka poczytnych kryminałów. O ile wątek tajemniczego nękania tejże zupełnie mnie nie przekonał, o tyle opisy pracy na lodołamaczu i mijanych krajobrazów po prostu mnie zafascynowały. Do tego stopnia, że z chęcią sama wyruszyłabym na podobną ekspedycję.

Główna akcja zgrabnie przeplata się z retrospekcją, będącą historią trzech pokoleń kobiet. Niezwykle interesujący jest wątek sióstr bliźniaczek i ich skomplikowanych relacji, niemniej najciekawszy wydał mi się temat miłości matczynej. Od razu zaznaczę - miłości trudnej i niesprawiedliwej, która potrafi naznaczyć dziecko na całe życie.

Jeśli przyjrzeć się dokładnie bohaterom książki, zauważymy, że większość z nich jest na swój sposób okaleczona, najczęściej wskutek toksycznych związków z rodzicami bądź partnerem. Trochę za dużo tych życiowych rozbitków jak na jedną powieść. Można by uwierzyć, że w Szwecji znalezienie zdrowego na duchu obywatela należy do rzadkości.

Zagorzałym fanom prozy Axelsson książka raczej się spodoba, znajdą w niej w zasadzie wszystko, za co cenią jej poprzednie utwory. Nieoczekiwanie dla mnie samej ta powtarzalność stała się już nieco nużąca. Liczę, że "Kwietniowa czarownica" - bo tylko ona z dorobku szwedzkiej pisarki jest mi wciąż nieznana - okaże się inna.

Majgull Axelsson, "Lód i woda, woda i lód", tłum. Katarzyna Tubylewicz, Wydawnictwo W.A.B., 2010

środa, 18 sierpnia 2010

Chorał - Kent Haruf


Pierwsze określenie, jakie przychodzi mi na myśl po lekturze tej powieści, to urzekająca. Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku, mała mieścina na preriach Kolorado, do tego jesień przechodząca w zimę - oto początek opowieści o losach kilkorga osób. Wszyscy mają swoje problemy - rodzina Guthriego rozpada się z powodu depresji jego żony, nastolatkę w ciąży matka wyrzuca z domu, dwaj stareńcy bracia od zawsze żyjący tylko ze sobą muszą zmienić swoje nawyki. Łączy ich jedno: przeraźliwa samotność.


Nie ma tu zawrotnego tempa czy nagłych zwrotów akcji, jednak książkę czytałam z dużym zainteresowaniem. Wbrew tytułowi nie ma nic wspólnego z religią, bo jak zaznacza na wstępie autor, chorał to nie tylko śpiew wykonywany od dawna w kościele chrześcijańskim, ale także prosta, niczym nie upiększona melodia o podniosłym nastroju. Podniosłości w powieści nie ma, natomiast prostota jest jak najbardziej obecna i stanowi duży plus utworu. Bohaterowie tacy właśnie są: nieskomplikowani, uczciwi i wyciszeni. Wiodą życie jak miliony innych ludzi, w pokorze znoszą przeciwieństwa losu.

Trudno mi pisać o "Chorale", niemniej bez wahania stwierdzam, że to solidnie napisana powieść. Bardzo sugestywna, bardzo plastyczna. Pokazuje amerykańską prowincję, jaką czasem widać w filmach i serialach - bez udziwnień, bez atrakcji. Mnie się podobała.

Kent Haruf, "Chorał", tłum. Katarzyna Kaliska, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań, 2003

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Muzyka pop z Vittuli - Mikael Niemi


Szpitale psychiatryczne są przepełnione ludźmi, którzy czytają zbyt dużo. Kiedyś byli - tak jak my - silni fizycznie, otwarci, zadowoleni i zrównoważeni. Potem zaczęli czytać. Najczęściej przez przypadek. Jakieś przeziębienie, wymagające kilku dni leżenia w łóżku. Ładna okładka wzbudzająca ciekawość. I nagle rodzi się zły nawyk. Pierwsza książka prowadzi do następnej. I następnej, i jeszcze jednej, ogniwa w łańcuchu, który wiedzie prosto w dół, w wieczny mrok choroby psychicznej. Po prostu nie można przestać.

Z największą ostrożnością można posługiwać się książkami, które czegoś uczą, jak leksykonem, podręcznikiem albo instrukcją naprawy. Niebezpieczna jest literatura piękna - to tam rozmyślania mają swój początek i pożywkę do rozwoju. Do cholery! Tak niebezpieczne i uzależniające produkty powinny być sprzedawane wyłącznie w kontrolowanych przez państwo sklepach, za okazaniem dowodu tożsamości, reglamentowane i tylko dorosłym.
[s. 190-191]


Podobną pogadankę o zagrożeniach wieku dojrzewania można usłyszeć od ojca w Pajali, czterotysięcznej wiosce na dalekiej północy Szwecji, tuż przy granicy z Finlandią. A przynajmniej takie rewelacje usłyszał narrator "Muzyki pop z Vittuli" - książki wspomnianej przez Tilmanna Bünza w "Krainie zimnolubów" jako niebywale popularnej wśród Szwedów. Po jej przeczytaniu jest to dla mnie całkowicie zrozumiałe.

Powieść jest zapisem wspomnień z okresu dorastania przypadającego na lata 60-te i 70-te ubiegłego stulecia. Żyć na głębokiej, a raczej odległej, szwedzkiej prowincji nie jest łatwo. Mattias widzi to następująco:

Z czasem zrozumieliśmy, że nasze rodzinne strony właściwie nie należą do Szwecji. dołączyliśmy jakby przez przypadek. Północny skrawek ziemi na doczepkę, trochę posępnych mokradeł, gdzie można natknąć się na ludzi, którzy tylko po części są szwedami. Byliśmy inni, odrobinę gorsi, odrobinę niewykształceni, odrobinę ubodzy duchem. [...] Materialnie radziliśmy sobie. Lecz w sensie tożsamości. Byliśmy nijacy. Nasi rodzice byli nijacy. [s. 51]

Do tego dochodzą inne utrudnienia:

Mieliśmy najgorsze w całym królestwie wyniki w ogólnokrajowych testach. Nie umieliśmy się zachować przy stole. W domu nosiliśmy czapki. Nigdy nie zbieraliśmy grzybów, unikaliśmy warzyw i nigdy nie mieliśmy rakowych uczt w sierpniu. Nie potrafiliśmy zabawiać rozmową, deklamować, pakować prezentów ani wygłaszać mów. Chodziliśmy, stawiając stopy palcami na zewnątrz. Kłóciliśmy się z fińskim akcentem, nie będąc Finami, kłóciliśmy się ze szwedzkim akcentem, nie będąc Szwedami. [s. 52]

Mimo to dzieciństwo Mattiasa można śmiało uznać za udane. Były w nim "chłopackie" przyjaźnie, zabawy i bitwy, były psoty i burze hormonalne, a przede wszystkim była muzyka. Zaczęło się od ukradkowego przesłuchiwania płyt na adapterze starszej siostry, z czasem fascynacja popem przerodziła się w garażowe granie na pseudo-gitarach skleconych z płyty pilśniowej, aby wreszcie zacząć grać na prawdziwych instrumentach w szkole i w okolicznych domach kultury. Pal licho wartość granej muzyki, zainteresowanie damskiej części publiczności było nie do przecenienia.

Siła tej książki polega moim zdaniem na wyważonym połączeniu realizmu (aczkolwiek z małą szczyptą fantazji) i poczucia humoru, dzięki czemu ta słodko-gorzka historia oferuje nie tylko uśmiech, ale i refleksję. Jest w niej przede wszystkim głębokie zrozumienie i szacunek wobec opisywanej społeczności czyli prostych chłopów, których codzienność wypełniona jest głównie pracą. Autor potrafił odnaleźć uroki w surowym życiu na odludziu i przedstawić je na tyle barwnie, że powieść czyta się z ogromną przyjemnością. Natomiast sceny takie jak dzielenie spadku po babci, mocowanie się na pięści czy zawody w piciu samogonu powinny być wystarczającym bodźcem do zrealizowania ekranizacji powieści Niemi. Ja z chęcią odwiedziłabym Pajalę, choćby w kinie.

Mikael Niemi, "Muzyka pop z Vittuli", Wydawnictwo Jacek Santorski & Co / Wydawnictwo Czarne, 2003

piątek, 13 sierpnia 2010

Marlene - Angelika Kuźniak


25 ton - tyle ważyły przedmioty, które należały do Marleny Dietrich, a po jej śmierci w 1992 r. trafiły do berlińskiego archiwum. Wśród nich znajdowały się meble, ubrania, dokumenty, peruki, a nawet tak ścierki do podłogi i niedopałki. Angelika Kuźniak spędziła wiele godzin przeglądając zbiory w poszukiwaniu polskich śladów. Efektem poszukiwań jest niniejsza książka-reportaż skupiająca się na dwóch pobytach gwiazdy w Polsce i ostatnich latach jej życia.


Obraz Dietrich, jaki wyłania się ze wspomnień i recenzji, to przede wszystkim perfekcjonistka. Wymagająca, ale zarazem nadzwyczaj profesjonalna; niekiedy trudna, ale też dbająca o - wydawałoby się - najmniej ważnych pracowników zespołu. W Polsce była dwukrotnie na tournee - w 1964 i 1966 r., za każdym razem razem koncerty cieszyły się ogromną popularnością. Dietrich była przyjmowana entuzjastycznie, mimo że przekroczyła już 60-tkę i najlepsze lata miała za sobą. W czasach siermiężnego PRL-u było to jednak ogromne wydarzenie kulturalne, dla wielu osób namiastka świata zachodniego.

Druga część książki jest nieco przygnębiająca - Marlena pod koniec życia była bardzo schorowana i przez lata nie opuszczała paryskiego mieszkania. Niemniej starała się czymś zajmować i jeśli nie były to sprawy zawodowe (a było ich przecież coraz mniej), to w miarę możliwości tworzyła porządek wokół siebie (jej słynne zawołanie - tworzyć porządek!). Tu widać kolejne ważne cechy jej charakteru podkreślane również przez innych - pracowitość i zdyscyplinowanie. Niejednokrotnie wspominano, że przeważnie robiła wszystko sama - była swoją sekretarką, agentką, kierownikiem produkcji itp.


Artystkę pochowano w Berlinie i tu ciekawostka: jako że wielu Niemców nie wybaczyło jej przyjęcia obywatelstwa amerykańskiego w 1937 r., a tym samym zdrady hitlerowskich Niemiec, jeszcze za życia, po wojnie, była niezbyt dobrze przyjmowana w swojej ojczyźnie. Początkowo - w celu uhonorowania Dietrich - pogrzeb miał się odbyć na koszt państwa, jednak w związku z pewnymi głosami sprzeciwu zrezygnowano z tego pomysłu.

Przyznam, że te niespełna 200 stron przeczytałam jednym ciągiem. Z informacji pochodzących od osób, które w Polsce zetknęły się z Dietrich oraz na podstawie licznych dokumentów autorka stworzyła arcyciekawy portret znakomitej artystki. Portret niepełny, bo pokazujący wycinek życia, ale rzeczowy i wciągający, co staje się wyznacznikiem reportaży Kuźniak (kilka jej świetnych reportaży można było przeczytać m.in. w Gazecie Wyborczej). Dla uzupełnienia na końcu książki zamieszczono dokładne kalendarium życia Marleny i obszerną bibliografię. Lektura zachęciła mnie do przeczytania wspomnień jej córki - okazuje się bowiem, że rola matki nie należała do najbardziej udanych w dorobku Dietrich.

Angelika Kuźniak, "Marlene", Wydawnictwo Czarne, 2009

środa, 11 sierpnia 2010

Pucka - Janina Katz


Choć "Pucka" została napisana po duńsku, niewiele ma wspólnego z tamtejszą literaturą. Autorka jest polskiego pochodzenia, z kraju wyemigrowała na fali wydarzeń marcowych 1968 r. Powieść zawiera liczne wątki autobiograficzne, osadzona jest głównie w Krakowie lat 60-tych. I to właśnie zachęciło mnie do lektury.


Główna bohaterka to dziewczyna wchodząca w dorosły świat. Jest Żydówką, niemniej religia nie odgrywa w jej życiu żadnej roli. Mieszka z matką, jest z nią bardzo blisko związana, czego nie można powiedzieć o nieobecnym ojcu, o którym wie niewiele, na dodatek niewiele dobrego. Pucka chaotycznie szuka sensu życia (to określenie pada w powieści kilkakrotnie), pociąga ją świat artystów i intelektualistów. Obraca się głównie wśród mężczyzn, ale związki z nimi nie należą do udanych. Po studiach rozpoczyna pracę na uniwersytecie, wkrótce jednak sprawy zaczynają się komplikować - nagonka antysemicka nasila się.

Powieść miała wszelkie dane, żeby stać się znakomitą ilustracją obyczajów i wydarzeń lat 60-tych ubiegłego wieku. Niestety wyszło tylko czytadło. Styl książki jest wyjątkowo prosty, miejscami tak naiwny i pretensjonalny, że nabrałam podejrzeń co do wieku autorki - miałam wrażenie, że tekst wyszedł spod pióra licealistki, a nie dojrzałej kobiety, absolwentki polonistyki i socjologii. Oto np. Pucka i jej matka to tak miłe osoby, że ze wszystkimi świetnie się dogadują: z artystami, wykładowcami, kelnerem, babcią klozetową, a nawet pijaczką i prostytutką. Przesłodzone to aż do bólu. Owszem, są pokazane i ciemniejsze strony bycia Żydówką w powojennej Polsce, mnie jednak postaci pań Reches nie przekonały. Natomiast wplątywanie w całość Nabokova uważam wręcz za kuriozalne i całkowicie zbędne.

"Pucka" miała sporo pochlebnych recenzji, dla mnie pozostanie rozczarowaniem. Sama historia jest z pewnością ciekawa, psuje ją niestety fatalny styl. Wielka szkoda. Wartka akcja to stanowczo za mało, aby uznać lekturę za udaną.

Janina Katz , "Pucka", Wydawnictwo Santorski & Co, 2008

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Huśtawka oddechu - Herta Müller


O prozie ubiegłorocznej noblistki zwykło się uważać, że jest wyjątkowo przygnębiająca. W zasadzie jej najnowsza powieść też taka powinna być, jako że dotyczy życia w łagrze rosyjskim, do którego w styczniu 1945 r. trafia młodziutki Niemiec z Rumunii w celu odbudowy Kraju Rad. A jednak książka nie wydała mi się zbytnio ponura, porażająca czy szokująca. Po części dlatego, że po lekturze "Innego świata" Herlinga-Grudzińskiego niewiele mnie chyba zaskoczy w tematyce łagrowej, a po części dlatego, że Müller nie epatuje okrucieństwem, ale pisze w sposób wyważony.


Relacja z pięcioletniego pobytu w obozie podzielona jest na krótkie, luźno ze sobą powiązane rozdziały, w których Leo bez emocji opowiada o życiu codziennym na zsyłce i towarzyszach niedoli, a przede wszystkim o głodzie. Ani zimno, ani zmęczenie i ból nie są tak dojmujące jak głód:

Co można powiedzieć o chronicznym głodzie. Czy można powiedzieć, że istnieje głód, który sprawia, że jesteś chorobliwie głodny. Coraz to głodniejszy głód dołącza do głodu, który już odczuwasz. Wciąż nowy głód, który rośnie nienasycenie i wskakuje w prastary, z trudem poskramiany głód. Jak chodzić po świecie, gdy nie masz o sobie do powiedzenia nic nad to, że jesteś głodny. [s. 20]

Inny fragment:

Niezależnie od tego, gdzie byłem [...], wszystko, co robiłem, odczuwało głód. Każdy przedmiot przypominał głód długością, szerokością, wysokością i kolorem. Między sufitem nieba a pyłem ziemi każde miejsce pachniało innym jedzeniem. Obozowe korso pachniało karmelem, wejście do obozu świeżo upieczonym chlebem, przekraczanie drogi z obozu do fabryki ciepłymi morelami, drewniany fabryczny płot kandyzowanymi orzechami, wejście do fabryki jajecznicą, jama duszoną fabryką, żużel hałd zupą pomidorową, wieża chłodnicza pieczonymi bakłażanami, labirynt parujących rur struclą waniliową. Bryły smoły w zielsku pachniały kompotem z pigwy, a baterie koksownicze melonem. Były to czary i męka. Nawet wiatr karmił głód, tkał jak najbardziej widoczne i wcale nieabstrakcyjne jedzenie. [s. 145-146]

Przyznam, że takie opisywanie rzeczywistości ma dla mnie coś z poezji. Nie jest szczególnie wymyślne, niemniej w moim odczuciu jest wręcz liryczne. I może właśnie w prostocie tkwi siła pisarstwa Müller. Tak jak na scenie cichy głos aktora jest często bardziej dobitny niż krzyk, tak podczas lektury bardziej przemawia proza bez ozdobników, operująca samymi faktami. Siła na pewno tkwi także w powtórzeniach i chyba dlatego powieść tę będę kojarzyć m.in. z licznymi i sugestywnymi opisami głodu. Można pisać o nim i w takim ujęciu:

W czasie największego głodu rozmawiamy o dzieciństwie i jedzeniu. Kobiety mówią o jedzeniu dokładniej niż mężczyźni. Najdokładniej mówią kobiety ze wsi. Dla nich każdy przepis ma przynajmniej trzy akty, jak sztuka teatralna. Rozbieżne poglądy na temat składników sprawiają, że narasta napięcie. (...) Opowiadanie przepisów to większa sztuka niż opowiadanie dowcipów. Musi być puenta, chociaż wcale nie jest zabawna. Tutaj, w obozie, dowcip zaczyna się już od słów NALEŻY WZIĄĆ. To, że niczego nie ma, jest puentą, tyle że nikt jej nie wypowiada. Przepisy są dowcipami anioła głodu. [s. 102-103]

Nie znaczy to, że w "Huśtawce oddechu" nie ma mowy o odczuciach - one są, ale w ilościach śladowych. Narrator jest wyciszony, skupiony na głodzie i pracy. Nie żali się, nie rozpacza i tylko na podstawie kilku wspomnień i snów wiadomo, że tęskni za domem. Tęsknota to zresztą zbędny balast, rzecz zupełnie nieprzydatna w przypadku więźniów.

Jeśli wieki całe nie ma się wieści z domu, człowiek zadaje sobie pytanie, czy powinien w ogóle chcieć do domu i czego powinien sobie tam życzyć. W obozie zabrano nam marzenia. Nie musieliśmy i nie chcieliśmy o niczym decydować. Chcieliśmy wprawdzie do domu, ale poprzestawaliśmy na wspomnieniach minionego, nie mieliśmy odwagi tęsknić za przyszłym. [s. 240]

A jednak wolność nadchodzi, Leo wraca do domu. Rodzina daleka jest jednak od euforii, z braku wiadomości uznała wcześniej chłopaka za zmarłego. Sytuacja staje się niezręczna dla obu stron, są dla siebie bliscy, a zarazem obcy. Leo nie ułatwia domownikom zadania, zachowaniem bardziej przypomina ducha niż żywego człowieka: milczący, nie angażuje się w codzienne życie, jest niechętny jakimkolwiek kontaktom ze światem zewnętrznym. W ostatnich rozdziałach najlepiej pokazują, jakie spustoszenia w człowieku pozostawia totalitaryzm, jak bardzo go okalecza.

Podsumowując - powieść Müller podobała mi się, choć nie zachwyciła. Myślę, że jej proza potrzebuje więcej czasu, żeby w pełni dotrzeć do czytelnika i pozwolić się docenić. Kojarzy mi się z mocno wytrawnym winem, które z początku wydaje się gorzkie, a może nawet kwaśne, i dopiero po kilku łykach zaczyna smakować i sprawiać przyjemność. Warto więc próbować.

I ostatni już cytat, tym razem o wartości literatury w obozie:

Przywiezionych książek nigdy nie czytałem w obozie. Papier jest surowo wzbroniony, pierwszą połowę roku ukrywałem je za barakiem pod stosem cegieł. A potem je przehandlowałem. Za pięćdziesiąt stron Zaratustry na bibułkę do papierosów dostałem miarkę soli, za siedemdziesiąt stron nawet cukier. Za całego Fausta w płótnie Peter Schiel zrobił mi blaszany grzebień na wszy. Zbiór liryki z ośmiu stuleci zjadłem w formie mąki kukurydzianej i smalcu, a cienkiego Weinhebera zamieniłem na proso. Przez to człowiek nie staje się delikatny, tylko dyskretny. [s. 103-104]

Herta Müller, "Huśtawka oddechu", Wydawnictwo Czarne, 2010

piątek, 6 sierpnia 2010

Miłość Leny - Judith Kuckart


To nie jest powieść, która rzuca na kolana albo jest porywająca. Ma jednak w sobie coś hipnotycznego, co każe czytać dalej. Może to zasługa stylu - rwanej, chłodnej narracji i niespiesznej akcji, a może tematu - Niemców odwiedzających Polskę 60 lat po wojnie. Na szczęście nie jest to powieść o trudnych relacjach polsko-niemieckich czy Holokauście. Owszem, historia jest tu obecna, ale w tle; zgodnie z tytułem chodzi o Lenę.


Ma 39 lat, jest aktorką, sprawia wrażenie kobiety wciąż przed czymś uciekającej. Nie goniącej za czymś, lecz właśnie uciekającej. Żyje bez stałego adresu, mężczyzny i miejsca pracy. Nagłe decyzje, często niezrozumiałe dla innych, przychodzą jej dość łatwo. Jest zdystansowana i nieuchwytna, taki rys jest w postaci widocznej na okładce. Wiele wskazuje na to, że styl życia Leny jest formą obrony przed ewentualnym zranieniem, tego jednak nawet ona sama nie jest pewna:

Czy to był strach przed utratą miłości, co w tej chwili wydawała jej się wielka? A może przed koniecznością rezygnacji z życia, w którym czasem chętnie traciła panowanie nad tym, że w ogóle żyje. Które było szybkie i pełne przygód, i nieubłagane, i w którym lubiła brać nieregularności za nieumiarkowanie. Za coś, z czym było jej do twarzy, co czyniło ją niebezpieczna i równocześnie bezbronną. [s. 292]

Trudno jest żyć nie umiejąc zaufać najważniejszej osobie. I chyba właśnie zawiłe meandry miłości zostały pokazane w powieści najlepiej: niepewność, zazdrość, zmyślenia mylone z rzeczywistością, wycofanie. Mnie to w każdym razie przekonuje. Lena nie jest ujmująca czy sympatyczna, ale jako postać literacka z pewnością interesująca. Ba! Można ją odebrać także jako irytującą, zwłaszcza że do wielu spraw podchodzi nieszablonowo.

W książce są jeszcze dwie ważne postaci: Dahlmann, znajomy matki Leny i niemiecki ksiądz pracujący w Polsce. O ile ten pierwszy odgrywa dość istotną rolę w powieści, o tyle ten drugi wydaje się bez znaczenia i miałam wrażenie, że autorce zabrakło na niego pomysłu. Pewne braki widać także w samej historii Dahlmanna - przydałby się jakiś mocny akcent na koniec, coś, co by spuentowało jego dziwactwa. Ciekawostką było dla mnie ujęcie naszego kraju z niemieckiej perspektywy, Polska klasy B została nieźle uchwycona. Lekturę zaliczam do udanych: bez fajerwerków, ale na przyzwoitym poziomie.

Judith Kuckart, "Miłość Leny", Wydawnictwo Czarne, 2004

środa, 4 sierpnia 2010

Posłaniec - L. P. Hartley


Leo ma niespełna 13 lat, niby jest dobrym chłopakiem, a jednak podczas lektury nie mogłam uwolnić się od skojarzeń z karłem i eunuchem. Ten mały egotyk kieruje się w życiu dość niskimi pobudkami (czyli własnym interesem), bywa zazdrosny, jest niespełniony seksualnie (początkowo z racji młodego wieku), a przede wszystkim bierze udział w intrydze. Na jego usprawiedliwienie należy dodać, że wszystko to robi z naiwności powodowanej niedojrzałością.


Wielu czytelników zna "Posłańca" ze znakomitej ekranizacji Josepha Loseya. Treść powieści jest w skrócie następująca: główny bohater, Leo, po wielu latach wspomina wakacje roku 1900 spędzone na wsi u arystokratycznej rodziny Maudsleyów. Staje się sekretnym pośrednikiem między lady Marian, panną na wydaniu, a Tedem, farmerem z sąsiedztwa. Nietrudno się domyślić, że taka sytuacja może wiązać się z poważnymi kłopotami i tak w istocie jest.

W książce najbardziej spodobała mi się rozbudowana symbolika i dopracowana fabuła.W prologu narrator odwołuje się do znaków zodiaku, porzucając przypisaną sobie z racji imienia i daty urodzenia rolę Lwa, a skłaniając się ku Strzelcowi lub Wodnikowi, jako jedynym "męskim", a przez to pożądanym znakom. Jak się okaże, te role przypadną innym, a chłopiec będzie musiał zadowolić się rolą Merkurego czyli posłańca bogów, a także opiekuna kupców/handlu i złodziei. Porównanie jak najbardziej adekwatne, bo Leo dostarczając kochankom wiadomości w pewnym sensie kupczy informacjami (ma z tego wymierne korzyści) i dopuszcza się nieuczciwości wobec rodziców Marian. Merkury to również - jak sam zainteresowany zauważa - także najmniejsza planeta, która nomen omen opiekuje się zodiakalną Panną (czyli Marian). The mercury to po angielsku także temperatura, a ta odgrywa ważną rolę w powieści, bowiem wiążą się z nią liczne wydarzenia i ma ogromny wpływ na emocje bohaterów.

Inne kluczowe symbole to np. krzew wilczej jagody rosnący w miejscu schadzek, który uosabia romans młodych, czy nowy, zielony strój Leo kojarzony przez wszystkich z postacią Robin Hooda (nota bene towarzysza lady Marion), a także z "zielonością" czyli niedojrzałością właściciela. Podobnych tropów można znaleźć w książce więcej, podczas lektury warto zwracać uwagę na pewne rekwizyty. Większość z nich pojawia się w konkretnym celu, prędzej czy później odegrają przeznaczoną im rolę. Niezmiernie lubię w literaturze taką przemyślaną konstrukcję.

Istotną sprawą był sam rok 1900, dla narratora miał on mistyczny urok. Chłopiec był przekonany, że to świt Złotego Wieku [s. 10] obiecujący spełnienie nadziei dla całego świata. Cóż, tak naprawdę był to schyłek epoki wiktoriańskiej, a tym samym koniec rygorystycznej moralności i konwenansów. Ucieleśnieniem tej obyczajowej rewolucji jest Marian, niekonwencjonalna panna, i - w znacznie mniejszym stopniu, ale jednak - lord Trimingham. Hartley doskonale sportretował również kontrasty klasowe i wiekowe. Znakomite są opisy rytuałów panujących w domu gospodarzy, częstym wątkiem jest strój, który jest świadectwem i zamożności jego posiadacza, i znajomości reguł związanych z jego noszeniem. Ważną kwestią - zwłaszcza dla Leo - jest wiek. Zdaje sobie sprawę, że przestaje być dzieckiem i wkracza powoli w świat dorosłych, nic dziwnego zatem, że niektóre sprawy postrzega pod kątem męskości. Zauważa ponadto, w jak w specyficzny sposób dorośli odnoszą się do dzieci. W sumie jest to powieść m.in. o burzliwym wchodzeniu w dorosłość.

"Posłaniec" oferuje wiele smaczków, trzeba tylko przetrwać zawiły i momentami pretensjonalny prolog. Akcja "właściwa" rozwija się gładko, napięcie jest dobrze rozłożone. Chyba żadna z postaci nie wzbudza zbytniej sympatii, co akurat lubię. Sceny meczu w krykieta i śpiewów przy akompaniamencie fortepianu są po prostu wyśmienite (nawet zagięcie rogu nut może coś oznaczać), podobnie jak rozmowa o "romansowaniu" czyli seksie i o obronie honoru kobiety. Myślę, że lepsze byłoby otwarte zakończenie powieści, ale nie ma co narzekać. Z chęcią wrócę kiedyś do tej lektury, tym razem w oryginale, jako że w tłumaczeniu na polski pewne rzeczy umykają. Dla mnie była to prawdziwa uczta literacka.

P.S. Okładka zastępcza, polska wydała mi się paskudna;(

Leslie Poles Hartley, "Posłaniec", PIW, 1992

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Widzialny świat - Mark Slouka


To nie była kwestia zazdrości czy strachu. Moi rodzice nigdy nie spali w osobnych łóżkach, nie wyjeżdżali na wakacje ze "starymi przyjaciółmi" ani nie ranili się bardziej od innych mężów i żon. To było coś subtelniejszego. Matka szanowała siłę ojca, jego wytrwałość, była mu wdzięczna za taktowne wzięcie na siebie roli przeznaczonej dla niej, ale zarazem nienawidziła go za to. A ponieważ miała świadomość, że to niesprawiedliwe, kochała go - czy raczej: próbowała kochać. A ponieważ wiedziała, że i on ma tego świadomość - próbowała bezskutecznie. [s. 70]


Cytat przywodzi mi na myśl atmosferę dramatów Czechowa z ich niespełnionymi miłościami, rozczarowaniami, rezygnacją i cichym cierpieniem. I tak poniekąd jest w rodzinie narratora - jego rodzice wyemigrowali z Czech w 1948 r. do Stanów Zjednoczonych, kilka lat później urodził im się syn. Otoczony troską i miłością chłopiec zauważa jednak, że małżeństwo rodziców nie jest szczęśliwe. Wie, że położył się na nim cień mężczyzny, którego matka znała podczas wojny i który był dla niej bardzo ważny. Niestety zginął, a kobieta związała się z tym, który był w niej zakochany od dawna.

Istotnie, była niesprawiedliwa. Kochał ją wtedy - i prawdopodobnie kochał nadal. Mogła wyliczyć jego zalety, przymioty ważkie i faktyczne. Każdy mógł je potwierdzić. I gdyby tych dwóch mężczyzn zamienić w domy albo samochody, zapewne on okazałby się tym lepszym. Ale to nie miało znaczenia, ponieważ mimo wielu plusów mój ojciec miał jeden niezaprzeczalny minus - nie był tym drugim. I tego nie mogła mu wybaczyć. Sprawiedliwość nie miała tu nic do rzeczy. [s. 255]

Matka najwyraźniej nie mogła uwolnić się od przeszłości i być może dlatego jej syn tak bardzo chciał poznać jej historię. Nie było mu to dane, więc na podstawie zaledwie kilku faktów (a właściwie pogłosek) stworzył własną, dość barwną i tragiczną, wersję. Co wcale nie dziwi, skoro od najmłodszych lat ojciec karmił go nie tylko tradycyjnymi bajkami czeskimi, ale także opowieściami z dziejów rodziny czy o starożytnych filozofach. Świat prawdy i fikcji intensywnie się u Slouki przeplata i znakomicie widać to zwłaszcza w trzeciej części książki czyli powieści narratora, gdzie pojawiają się postaci spotkane przez niego podczas poszukiwań w Pradze.

"Widzialny świat" to jedna z najpiękniejszych książek o miłości, jakie czytałam - o miłości niespełnionej, o miłości "pomimo" i o niezwykłej miłości dziecka do rodziców. Również o niemożności pokochania i ciągłej tęsknocie. Duża w tym zasługa stylu i języka, czego nie są w stanie zepsuć nawet karygodne błędy translatorskie (np. zoolog zamiast zoo, lody zamiast lizaka czy nabierka zamiast łyżki). Podoba mi się także pomysł powieści w powieści zmuszający do wertowania wcześniejszych rozdziałów w poszukiwaniu pierwowzorów pojawiających się w niej osób. Myślę, że jest to książka, do której można wielokrotnie wracać choćby ze względu na niektóre fragmenty, bo ciekawych opowieści i cytatów wartych podkreślenia jest tu sporo.

Po opowiadaniach Sany Krasikov "Jeszcze rok" to kolejna - moim zdaniem - wyjątkowo dobra pozycja w nowej serii Wydawnictwa Czarnego "Proza świata". Dodatkowym plusem są dla mnie okładki autorstwa Agnieszki Pasierskiej, bo te wcześniejsze, wykonane przez Kamila Targosza niespecjalnie przypadły mi do gustu. A inne tytuły zapowiadane w tym cyklu są bardzo obiecujące, już się cieszę na niektóre z nich;).

Mark Slouka, "Widzialny świat", tłu. Sebastian Musielak, Wydawnictwo Czarne, 2010