Tak, książka Aleksandry Paduch trzewiami stoi. Jej narratorka pisze, aby wyrzucić z siebie, co jej od dawna nomen omen leży na wątrobie, pisze w celach terapeutycznych, bo Inaczej skręciłoby mi kiszki. Sporo tu ciała i jedzenia, choć może należałoby powiedzieć: bebechów i żarcia, bo w rodzinie narratorki raczej się opycha niż je. Problemów się nie omawia, nie tłumaczy, one są pomijane i najwyraźniej zajadane.
Bardzo podoba mi się ten pomysł na opowiedzenie rodzinnej historii trzewiami. Fragmentarycznie, nielinearnie i – hm, niezbyt apetycznie. Bo historia dziadków z Chodzieży/domów dziecka/Gdańska czy babć Wołynia/Reblina/Słupska oraz następnych pokoleń nie jest piękną bajką, w której wszystko miodem i mlekiem płynęło; jeśli coś płynęło, to krew, a na talerzach głównie majonez w sałatce jarzynowej i tłuszcz po brejowatych kartoflach. Z drugiej strony nie sposób zauważyć, że kulinarne gusty bohaterów ulegają zmianie, poddają się modom, choć na ogół będą pozostaną przy tanich, niewyszukanych daniach. Podobnie zresztą jak w tysiące innych polskich rodzin, więc ta opowieść jest po części opowieścią o wielu z nas. Ale spokojnie, narratorka doczeka i futomaków.
Trzewia są powieścią specyficzną i wymagają dobrej woli czytelnika. Mnie początkowo zdezorientowały, ale ostatecznie wciągnęły. Autorka pokazała, że temat poruszany w literaturze wielokrotnie można wciąż zaprezentować na nowo i jednocześnie bez udziwnień. Co więcej, wystarczy na to zaledwie sto dwanaście stron.
________________________________________________
Aleksandra Paduch, Trzewia, Wyd. Czarne, Wołowiec 2025

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz