środa, 4 lutego 2026

4.2.80: Śnieg V

Stanisław Barańczak

 

Milczkiem opadający, chyłkiem bielący się śniegu,
cóż w lutym, za oknem, nad ranem może być w tobie jasnego
 
bardziej niż to, że trzeba pod kołdrą jedną i ciepłą
objąć się, spleść ze sobą obydwa sny, nim uciekną
 
przed świtem; niż to, że trzeba do nastroszonej piersi
przemówić ciepłym językiem (już drzwiami trzaskają pierwsi
 
punktualni sąsiedzi, już przez dwie ściany winda
swą listę obecności szumi); niż to, że pokój rozwidnia
 
ten chłód nagi, wilgotny, przed którym tylko nagie,
wilgotne ciepło chroni — i to, co zrywa się nagle,
 
dwoiste, jednolite, zdławione, nie do zniesienia,
wzbijające się z krzykiem, jawne i mroczne jak ziemia

 
(Wiersze zebrane, Kraków 2006)

2 komentarze:

  1. Ach jakże przyjemnie, kiedy nie muszę się z rana zrywać i otulić ciepłą pierzynką czas jakiś. Niech tam sąsiedzi do windy się spieszą ja niespiesznie popijam kawkę i słucham książki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę.;) Próbuję tak się relaksować w weekendy, ale niestety przyzwyczajenie nie pozwala za długo polegiwać.;)

      Usuń