Płynąc do domu to bardzo udana wariacja na temat wakacyjnej powieści, w której główne role grają: willa na Lazurowym Wybrzeżu, dwie zaprzyjaźnione pary oraz nieprzewidywalna, atrakcyjna dwudziestolatka. Ta ostatnia wprowadza niepokój od pierwszych stron, a skoro pojawiają się również stare pistolety kupione w antykwariacie, można domniemywać, że kiedyś wystrzelą.
Deborah Levy z finezją wykorzystała letnią scenerię oraz kilka rekwizytów, by stworzyć mięsisty dramat, a właściwie kilka dramatów, które rozgrywają się w ciszy i w ukryciu. Samotnie przeżywa się bankructwo, wypalenie zawodowe czy chorobę, samotnie zmaga ze stratą. Co więcej, bohaterowie chyba nie za bardzo lubią się nawzajem, także małżonkowie. Ale ferment został zasiany, pożądanie zrobi swoje i wszyscy w jakimś zostaną stopniu wytrąceni z marazmu.
Powieść jest skromna, bez fajerwerków i nagłych przyspieszeń akcji. Liczą się drobne zdarzenia, niedopowiedzenia i cukrowa myszka zakupiona na straganie (sic). Zadziwiające, jak wiele mini-historii udało się tu opowiedzieć i jak bardzo poruszają mimo, że postaci nie są sympatyczne – ot, wielcy przegrani, chciałoby się powiedzieć. Książka zdecydowanie warta uwagi, również ze względu na polonica.
__________________________________________________________________
Deborah Levy, Płynąc do domu, przeł. Marcin Sieduszewski, Wyd. Znak 2019

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz