poniedziałek, 12 lipca 2010

Wakacyjna ankieta


W blogowym łańcuszku-ankiecie Basia zadała mi pytanie:

Czy czytając jakąś książkę, dowolnego gatunku, zwracacie uwagę na ukryte przesłanie, nie tylko to widoczne gołym okiem, ale czy staracie się kopać jak najgłębiej, aby rozgryźć psychikę autora, niejako naświetlić jego dagerotyp, czy może liczy się dla was sama opowiedziana przezeń historia?

Wydaje mi się, że ukryte przesłanie czy też tzw. drugie dno nasuwa się pod lektury samo i jest ono ściśle związane z osobowością czytelnika. Biorąc pod uwagę np. "Trylogię" Sienkiewicza można ją czytać wg szkolnego klucza czyli jako lekturę ku pokrzepieniu serc, co było zapewne cenne w czasach zaborów czy wojny. Dzisiaj zapewne zwróciłabym uwagę na sposób przedstawiania kobiet i niepoprawność polityczną pisarza. Historycy mogliby wyszukiwać błędy historyczne i zastanawiać się, czy to dowód niewiedzy autora czy celowy zabieg.
Jeśli chodzi o moje czytanie, to mam lekki "skręt" feministyczny, ale bez przesady. Lektura (tak jak i spotkania z ludźmi) jest zawsze dobrą okazją do zweryfikowania własnych poglądów, to jak przeglądanie się w lustrze;)
Psychiki autora nie staram się rozgryźć, wolę wierzyć, że twórca i dzieło to dwa osobne byty. Czasem jednak wyraźnie widać, że pewne wątki powtarzają się w kolejnych utworach, a co gorsza, że pisarz pisze wciąż tę samą książkę. Wtedy podejrzewam, że powtórki świadczą o tym, co ważne dla autora. I jeśli np. w kolejnej powieści główna bohaterka jest kobietą niezależną po przejściach, świetnie radzącą sobie z trudnościami, to dochodzę do wniosku, że albo ma cechy autorki, albo autorka chciałaby taka być;) Często wyszukiwanie takich powtórzeń sprawia mi frajdę.

Mam nadzieję, że odpowiedź coś wyjaśnia:)

************************

Moje pytania dla Elenoir i Sygrydy:

1. Do jakiego kraju, miasta, miejsca chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą? Jaka to była książka? A może już w takim miejscu byłaś? W takim razie jak wypadła konfrontacja?

2. Jakie i dlaczego było Twoje największe rozczarowanie literackie w wykonaniu ulubionego autora/autorki?

3. Czy w przypadku powieści zwracasz uwagę na jakiś szczególny rys bohaterów np. strój, spożywane potrawy itp.?


Zasady ustaliła Maniaczytania:

- osoba wywołana odpowiada na swoim blogu na zadane pytania
- zadaje pytania kolejnym osobom i powiadamia je o tym.

Można wykorzystać oryginalne pytania (patrz niżej), dodać własne lub zadać tylko własne;)

1. Do jakiego kraju, miasta, miejsca chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą? Jaka to była książka? A może już w takim miejscu byłaś? W takim razie jak wypadła konfrontacja?
2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania latem?
3. Poleć mi jedną książkę do przeczytania w wakacje.

piątek, 9 lipca 2010

Południca - Julia Franck


Punktem wyjścia dla historii opowiedzianej w powieści jest zdarzenie z życia ojca Julii Franck. Jako siedmioletni chłopiec podczas ucieczki Niemców ze Szczecina w 1945 r. został pozostawiony na dworcu przez matkę, która już po niego nie wróciła. Dzięki poszukiwaniom autorki okazało się, że kobieta wróciła w okolice Berlina, gdzie do końca życia mieszkała w odosobnieniu z siostrą. O dziecku nikt z jej znajomych nie wiedział. Porzucenie syna posłużyło za kanwę książki, reszta to fikcja.


Helenę poznajemy w przededniu I wojny światowej, ma ok. 7 lat, mieszka w Budziszynie z rodzicami i uwielbianą starszą siostrą Martą. Od początku zastanawiają relacje z matką: kobieta traktuje młodszą córkę niemal z nienawiścią, prawdopodobnie dlatego, że śmiała urodzić się po śmierci swoich czterech braci-niemowlaków. Matka żyje w swoim świecie, sprawia wrażenie szalonej, przez co jej wyobcowanie w lokalnej społeczności (spowodowane żydowskim pochodzeniem) potęguje się. Ojciec również nie stanowi podpory dla dzieci: zauroczony matką nie dostrzega ich starań o utrzymanie domu, deprecjonuje wyjątkowe zdolności Heleny.

Można się domyślać, że właśnie dzieciństwo i postawa rodziców naznaczyły główną bohaterkę i sprawiły, że była dość powściągliwa w okazywaniu uczuć, a nawet chłodna. Oddana była właściwie tylko siostrze, tylko o nią zabiegała i troszczyła się na wszelkie możliwe sposoby. Ich relacje zmieniły się dopiero wówczas, gdy Helena się zakochała, a później wyszła za mąż. Chłód jednak pozostał. O ile mężczyzn traktowała z dystansem, o tyle całkowicie angażowała się w pracę: jeśli nie w szpitalu jako ceniona pielęgniarka lub w aptece jako pomocnica, to w domu przy prowadzeniu gospodarstwa. Odrzucenie przez rodziców zaowocowało potrzebą bycia użyteczną i najwyraźniej ta użyteczność dawała kobiecie poczucie bezpieczeństwa i wewnętrzny spokój.

Mimo pamięci o przeżyciach z dzieciństwa Helena z czasem zaczyna przypominać swoją matkę: wobec synka staje się szorstka, niekiedy porywcza, coraz bardziej zapada się w milczenie. Jakby nieświadomie poddała się tytułowej południcy, która według legendy w zamian za opowieść może zdjąć urok ze swojej ofiary i uwolnić ją od pomieszania zmysłów. Helenie chyba na tym nie zależy, nawet dramatyczne wydarzenia wojny nie są w stanie zakłócić jej zobojętnienia. Przypomina automat: dokładna i obowiązkowa, a jednak bez emocji. Wszystko wskazuje na to, że podobnie jak jej matka, "oślepła na serce".

Portret psychologiczny głównej bohaterki jest bodaj największym atutem tej książki - jest tak dogłębny, że postępowanie Heleny wydaje się zrozumiałe. Trudno ją polubić, ale przecież nie o to chodzi. Niezmiernie ciekawe jest również tło głównych wydarzeń czyli Berlin lat 20-tych i 30-tych, a więc kryzys, początki narodowego socjalizmu i antysemityzmu, ale także rozkwit sztuki i filozofii. Nieco rozwlekłe wydały mi się pierwsze rozdziały dotyczące okresu budziszyńskiego, na szczęście później akcja płynie wartko i można się nawet przyzwyczaić do znikomych dialogów zapisywanych bez tradycyjnego wyodrębnienia akapitem, myślnikiem itp. Drażniły mnie natomiast przeskoki do niewiele wcześniejszych wydarzeń i powroty do punktu wyjścia, w moim odbiorze wprowadzały więcej chaosu niż urozmaicenia.

Cieszę się, że na rynku polskim pojawia się wreszcie coraz więcej współczesnej literatury niemieckiej, bo "Południca" dowodzi, że warto ją poznawać. Zwłaszcza jeśli mowa jest o powieściach oferujących różne możliwości interpretacyjne, jak to jest w przypadku omawianej tutaj książki. Daleka jestem od zachwytu, ale na pewno będę poszukiwać innych utworów Julii Franck.

P.S. Nie należy sugerować się zbytnio streszczeniem na okładce, jest mylące.

Julia Franck, "Południca", Wydawnictwo W.A.B., 2010

środa, 7 lipca 2010

Gwałt. Opowieść miłosna - Joyce Carol Oates


Tytuł może wydać się zastanawiający, ale faktycznie oddaje treść tej minipowieści. Jest tu brutalny, zbiorowy gwałt na młodej, atrakcyjnej kobiecie dokonany przez grupę naćpanych chuliganów, jest i miłosne zauroczenie. Jednak wcale nie to nietypowe zestawienie powoduje, że lektura pozostawiła we mnie mieszane wrażenia.


W bardzo oszczędny sposób Oates pokazuje wydarzenia mające miejsce po gwałcie: traumę ofiary i jej 12-letniej córki, nastawienie okolicznej społeczności oraz manipulacje prawników. Winą starają się obarczyć ofiarę, która "sama się o to prosiła", bo przecież wracała nocą przez park i była prowokująco ubrana. Insynuują, jakoby kobieta była pijana, sama proponowała seks za pieniądze, a jej pozew był formą zemsty na niedoszłych klientach. Rodziny przestępców (zwłaszcza ich damska część) podejmują grę: twierdzą, że mężczyźni są niewinni i na wszelkie - głównie agresywne sposoby - manifestują swoje odczucia.

Przyznaję, to może robić mocne wrażenie. Niemniej przez cały czas towarzyszyło mi uczucie, że podobną historię słyszałam już ładnych kilka razy i że była tematem sporej ilości filmów telewizyjnych. To uczucie nasiliło się, kiedy powieściowy dramat rodzinny zaczął zmieniać się w dreszczowiec. I właśnie dlatego książka niezbyt mnie poruszyła. Z jednej strony wydała mi się nieoryginalna, a z drugiej - nieco naciągana. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość autorce w jednym: powieść jest napisana nietuzinkowym stylem, czerpiącym m.in. ze strumienia świadomości.

Mimo wszystko lektura "Gwałtu" nie była czasem straconym, zwłaszcza, że książkę czyta się dobrze i szybko (zaledwie 143 strony). A pani Oates dam jeszcze kiedyś szansę, sądząc po streszczeniach jej twórczość jest dość ciekawa.

Joyce Carol Oates, "Gwałt. Opowieść miłosna", Wydawnictwo Bellona, 2007

poniedziałek, 5 lipca 2010

Szaleństwa Brooklynu - Paul Auster


Nie wiem, na czym to polega, ale książki, których akcja osadzona jest w Nowym Jorku, mają w moim odczuciu niesamowity klimat. Niespieszna akcja, bohaterowie samotnicy lub dziwacy, knajpki i księgarnie, wszystko owiane mgiełką melancholii. Tak przynajmniej jest u Nicole Krauss, Siri Hustvedt i Paula Austera. "Szaleństwa Brooklynu" nie są wyjątkiem - znalazłam w nich to, czego szukałam.


Narratorem jest 60-letni Nathan, który niedawno przeszedł na emeryturę, rozwiódł się z żoną i przeprowadził na Brooklyn. Nie spodziewa się niczego nowego w życiu, chce tylko w spokoju dotrwać do kresu swych dni, jednak nie jest mu to pisane. Zaprzyjaźnia się z dawno niewidzianym, a mieszkającym w okolicy, siostrzeńcem Tomem, który mimo młodego wieku wydaje się bardziej zrezygnowany niż jego stryj. Akcja nabiera tempa, wydarzenia następują niemal lawinowo. Znajdziemy tu i dramat rodzinny, i historię miłosną, i elementy powieści łotrzykowskiej. Całość przedstawiona z dużą dozą humoru, a przede wszystkim z ogromną wyrozumiałością dla ludzkich słabości.

"Szaleństwa Brooklynu" są dla mnie książką o poszukiwaniu szczęścia i peanem na cześć życia, co nie oznacza, że Auster napisał wesolutką powieść z happy endem. Znajdziemy tu również echa wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w 2000 r. i krytykę polityki Busha (chyba pierwszy raz spotykam się z tak jawnym wyrażeniem poglądów politycznych autora w swojej powieści). Jest to także książka o książkach i ich miłośnikach; fakty z historii literatury przytaczane przez jednego z bohaterów świadczą o dużej erudycji Austera. Last but not least jest to również hołd złożony samemu Brooklynowi, autor z miłością pisze o jego mieszkańcach, być może dlatego, że sam od lat tu mieszka;)

Lektura bardzo przyjemna i satysfakcjonująca, rozbudzająca apetyt na kolejne książki utrzymane w podobnym klimacie.

Paul Auster, 'The Brooklyn Follies', Faber & Faber, 2005

piątek, 2 lipca 2010

Kawa u Doroty - Wojciech Chmielewski


Jeśli przyjrzeć się dokładnie okładce, zobaczymy tył obrazu, a na nim sylwetkę zgrabnej kobiety wygiętej w erotycznej pozie. Rysunek w połączeniu z tytułem (oba w różowym kolorze) mogą sugerować namiętną historię miłosną, ale nic bardziej mylnego.


Narratorem jest mężczyzna ok. 40-letni, niegdyś artysta malarz z udanymi wystawami w dorobku, obecnie wykonawca drobnych prac graficznych. Opowiada o dzieciństwie w małej mieścinie w Beskidzie, przeprowadzce do Warszawy, niezbyt udanym małżeństwie rodziców, a przede wszystkim o własnym niespełnieniu. Od dziecka wykazywał talent malarski, który niestety z czasem zaniedbał. Wydaje się, że tylko córeczki wywołują u niego tzw. iskrę w oku, reszta (łącznie z żoną) jest szarą, monotonną codziennością, którą trzeba przeżyć.

Monotonny jest również główny bohater, sprawia wrażenie, jakby przez całe życie w kluczowych momentach brakowało mu zdecydowania i wytrwałości. Dość łatwo rezygnował z przyjaźni i związków z kobietami, nie potrafił pójść za ciosem. Zobojętniały, przygaszony, bez emocji - taki autoportret wyłania się z powieści. Być może dlatego zupełnie mnie nie poruszył i wydał mi się nijaki.

Po lekturze miałam wrażenie, że autor chciał napisać ambitną książkę, a skończyło się na niezbyt oryginalnym powielaniu ogranych tematów: urokliwe dzieciństwo na prowincji, kochana babcia, rodzice nierozumiejący syna, porzucenie sztuki na rzecz łatwiejszego zarobku. Ambicje Chmielewskiego nie ominęły także formy: oprócz wynurzeń narratora mamy tu także fragmenty pamiętnika staruszki z sąsiedztwa, którą tenże mężczyzna bardzo zainteresował. Jak dla mnie wątek całkowicie sztuczny i zbędny; kilka listów od znajomych też niewiele wnosi do całości, natomiast daje wrażenie podoklejanych na siłę. Podobało mi się natomiast ujęcie powieści w klamrę tytułowej kawy u Doroty, efekt jest doprawdy świetny.

Nie jest to książka zła, ale w moim odczuciu udaje coś, czym nie jest. Z adnotacji na końcu tekstu wynika, że napisanie "Kawy" (zaledwie 199 stron małego formatu) zajęło autorowi 2 lata - może po prostu pisarz pogubił się po drodze?

Wojciech Chmielewski, "Kawa u Doroty", Czytelnik, 2010