Ostatnio nie miałam szczęścia do Stasiuka i jego najnowsza książka właściwie też nie powinna przypaść mi do gustu. „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” obejmuje teksty drukowane wcześniej w Tygodniku Powszechnym, rozrzucone w czasie i w przestrzeni. Ten misz-masz, o dziwo, urzekł mnie, nawet bardzo. Spodobała mi się przede wszystkim zaduma nad przemijaniem i niespieszna wędrówka po miejscach oddalonych od turystycznych szlaków. Do tego mocno obecna melancholia, o której autor pisze m.in. następująco:
To jest bezmierna melancholia strefy umiarkowanej. To jest środkowoeuropejski spleen czterech pór roku, gdy zimne bez przerwy zamienia się w ciepłe, mokre w suche, a jasne w zachmurzone, a potem odwrotnie i tak do samej śmierci, bez żadnej nadziei na odmianę. To jest smutek Słowiańszczyzny, gdzie gdy coś się zaczyna, to zaraz się kończy albo zmienia we własne przeciwieństwo i żadna ostateczność nie jest ostateczna.
Stasiuk nieustannie pochyla się nad brzydotą i burością, patrzy na miejsca "poprzez czas, wskroś zdarzeń, na przestrzał tego wszystkiego, co było". Jest w tym szacunek dla przeszłości, pokora wobec słowiańskiej natury (która czasem potraf także irytować, fakt), jest i sympatia. Porównując zapiski pisarza z różnych stron świata łatwo zauważyć, że o niebo lepiej czuje się w zapyziałym miasteczku rumuńskim czy na mongolskim stepie niż w uporządkowanych, eleganckich miastach Europy Zachodniej. To szczególne upodobanie do nieładu dobrze tłumaczy fragment dotyczący podróży do Stanów Zjednoczonych:
Od pierwszego wejrzenia pokochałem ten kraj. Za to, że się nie przejmuje, że w gruncie rzeczy jest czystą energią, która ma gdzieś formę. No, za barbarię pokochałem Amerykę. I za to samo kocham Polskę. Za to, że ma gdzieś, żeby być ładna. Że jest cudnym Proteuszem strefy umiarkowanej i szuka odpowiedniego wcielenia, ale go nie znajduje, więc porzuca kolejne jak wąż wylinkę. I pewnie nie odnajdzie swej ostatecznej postaci nigdy. I buduje swoją tandetę niczym piękna, wielka i dzika Ameryka. Tyle że buduje ją nie z paździerza, ale z prawdziwego muru. Ponieważ Polska nie ma dokąd pójść. Nie porzuci swych budowli. Zostanie z nimi do końca.
I choć chwilami Stasiuk – być może z rozpędu - stawia karkołomne tezy i za daleko posuwa się w skojarzeniach, w „Nie ma ekspresów…” więcej znajduję tekstów świetnych niż słabych. To prosta i niespieszna, a jednocześnie bardzo plastyczna proza, która pozwala razem z autorem oglądać jego świat i czuć się w nim dobrze. Aż się nie chce wracać do rzeczywistości.
_________________________________________________________________________
Andrzej Stasiuk „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”, Wyd. Czarne, Wołowiec 2013
_________________________________________________________________________




