wtorek, 16 czerwca 2015

Zapuszkowane

Znalezione w sieci, z serii „czego to ludzie nie wymyślą”.

Amerykańska artystka Maria Mordvintseva-Keeler zaprojektowała opakowania w formie puszek dla trzech znanych powieści, których tytuły zawierały nazwę posiłku: "Śniadanie u Tiffany’ego", "Nagi lunch" oraz "Obiad w restauracji dla samotnych".

W myśl nazwy projektu 'Food for thought’ (tłum. dający do myślenia) literaturę potraktowała jako pożywkę dla umysłu, dlatego też naklejki – oprócz ilustracji nawiązujących do treści powieści - dowcipnie informują o składnikach „dania”, wartości odżywczej oraz sposobie serwowania.

Dla mnie rewelacja, chętnie widziałabym w tej serii „Śniadanie mistrzów” Vonneguta.








 

środa, 10 czerwca 2015

Serce tak białe

Nie mam wątpliwości, że „Serce tak białe” jest przykładem literatury pięknej w pełni zasługującej na to miano. Rozbudowane zdania z wtrąceniami, elegancki język i meandrująca fabuła świadczą o dużym kunszcie pisarskim Javiera Maríasa. Niewielu pisarzy potrafi równie drobiazgowo i wytrwale dywagować na temat tego, co ulotne lub co w ogóle się nie zdarzyło. W moim odczuciu Marías to mistrz roztrząsania, drążenia i analizowania wybranego zagadnienia, co podczas czasem lektury może irytować, częściej jednak urzeka.


Oczarowywanie czytelnika zaczyna się już na poziomie frapującego tytułu, będącym cytatem z szekspirowskiego „Makbeta” (po zabójstwie króla lady Makbet mówi do męża ogarniętego wątpliwościami: Moje ręce mają twoją barwę; lecz wstyd mi, że mam serce tak białe), z kolei pierwsze zdanie powieści podsyca ciekawość:

Nie chciałem wiedzieć, ale dowiedziałem się, że jedna z dziewczynek, kiedy już nie była dziewczynką i niedawno wróciła z podróży poślubnej, udała się do łazienki, stanęła przed lustrem, rozpięła bluzkę, zdjęła stanik, odszukała serce i przyłożyła do piersi lufę pistoletu należącego do jej ojca, który z częścią rodziny i z trójką gości siedział w jadalni. [s. 9]

Na wyjaśnienie, co było przyczyną samobójstwa świeżo upieczonej mężatki, przyjdzie długo czekać, niemniej warto podjąć ten trud. Nie dla rozwiązania zagadki, bo w międzyczasie zejdzie ono na plan dalszy i straci na ważności, ale dla czystej przyjemności obcowania z tekstem. Na mnie działa duszna atmosfera tej książki, otoczka niepewności i zagrożenia oraz pobłyskujący gdzieniegdzie humor (opis politycznego spotkania na szczycie lub scena pacyfikacji strażnika chcącego podpalić obraz w muzeum – bezcenne;)). Ciekawe i istotne dla całości są odniesienia do dzieł malarskich (Rembrandt) i literackich (Kawabata, Kundera), uwagę zwraca wątek śpiącej kobiety i poduszki:

[…] na poduszce się zdradza i szkaluje innych, ujawnia się ich największe sekrety i wyraża się jedynie zdanie dogadzające próżności tego, który słucha, czyli lekceważeniu wszystkich innych: wszystko, co obce temu terytorium staje się czymś zbytecznym i marginalnym, jeśli nie godnym pogardy, tam właśnie najbardziej wypieramy się przyjaźni i byłych miłości, i obecnych również [s. 278]

„Serce tak białe” w dużej mierze dotyczy właśnie tajemnic i niedopowiedzeń, które u Maríasa mają moc sprawczą. Od sekretów niedaleko jest do namiętności, one również odgrywają w powieści ogromną rolę. I choć w prologu słychać strzał, a pewne wydarzenia będą spowite mrokiem, nie należy nastawiać się na kryminał. Na kunsztowne pisarstwo – jak najbardziej.

____________________________
Javier Marías Serce tak białe
przeł. Carlos Marrodán Casas
Wyd. Muza, Warszawa 2000

czwartek, 4 czerwca 2015

Diabeł umiera w Hawanie

Dałam się nabrać jak dziecko na zapowiedź wydawcy. W książce Stasińskiego miały być teksty o Damach w Bieli, Buena Vista Social Club, szybkowarach ratujących rewolucję oraz Fidelu umierającym z nudów, i takowe są, ale stanowią mniejszość. Właściwie nie powinnam być rozczarowana, bo "Diabeł umiera w Hawanie” jest przedrukiem artykułów i wywiadów, które ukazywały się w Gazecie Wyborczej w latach 2000-2015, a te poświęcone były przede wszystkim polityce.


Jeśli kogoś interesuje historia najnowsza Kuby, bez wątpienia znajdzie w tej publikacji wiele cennych informacji. Oprócz krótkiej biografii Fidela Castro pozna kilka innych ważnych postaci z kręgów władzy oraz tych, którzy mieli odwagę i siły z nią walczyć. Co istotne, poszczególne historie dobrze się uzupełniają i pozwalają dokładniej prześledzić proces kształtowania się dyktatury Castro. Duży niedosyt odczuć może natomiast czytelnik ciekaw zwykłych Kubańczyków – że żyją w biedzie i zniewoleniu, jest powszechnie wiadome. Dla mnie najciekawsze fragmenty książki to wywiady, np. ze znaną blogerką Yoani Sánchez lub Huberem Matosem, współtwórcą rewolucji 1959 r., później wieloletnim więźniem. Niezwykła jest również relacja ze spotkania dysydenta Elizardo Sancheza z Karolem Modzelewskim, który obok Jacka Kuronia dla kubańskich opozycjonistów był swoistym natchnieniem i wzorem.

Obraz Kuby zarysowujący się w „Diable…” jest dość przygnębiający. Sytuację celnie podsumował Huber Matos: Kuba to krach, ruina, katastrof. Wszystko zostało zniszczone – drogi, sektor energetyczny, wodociągi, transport, fabryki, uprawy. Moralność nie istnieje. Musi nastąpić kryzys. Nie wiem kiedy, z jakiego powodu – ale nastąpi. [s. 242] Mimo pesymistycznych prognoz, rozmówcy Stasińskiego i on sam widzą szansę na odrodzenie kraju. Zapewne będzie trwało dekadami, ale kiedyś nastąpi. Niech tylko ten diabeł zamknie wreszcie oczy…

_________________________________________________________________
Maciej Stasiński, Diabeł umiera w Hawanie, Wyd. Agora, Warszawa 2015


niedziela, 31 maja 2015

Na wysokich obrotach

W tytule tomiku Szymona Słomczyńskiego długo widziałam Nadieżdę. Pisownia w zasadzie nie pozostawia wątpliwości, ale zważywszy na częste dwuznaczności w wierszach krakowskiego poety, równie dobrze może chodzić o nadjeżdżającą Nadieżdę. Sprytny zabieg, który z jednej strony daje czytelnikowi więcej możliwości interpretacyjnych, z drugiej sugeruje, że autor ma poczucie humoru.


Słomczyński bawi się słowem i rolami, często bywa przewrotny. Bez zająknięcia potrafi zestawić w jednym utworze bułgarskie tirówki z muzyką Bartóka (Wysokie obroty), klienta baru mlecznego z biblijnym Izaakiem (DNA), Philipa Rotha z Czesławem Miłoszem (Mutacje), zawody łyżwiarskie z twórczością literacką (Oceny za styl. Brudnopis). Pozwala sobie na zapożyczenia i aluzje, charakterystyczne stają się wtrącenia i dygresje. Jest w tej poezji duża (do)wolność i lekkość, choć dokładne oględziny ujawniają dyscyplinę oraz precyzję. Nie tylko za sprawą powracającego wątku motoryzacyjnego wiersze Słomczyńskiego pełne są ruchu i „dziania się” – one żyją i przy całym swym liryzmie mocno przystają do mniej lub bardziej szarej codzienności.

„Nadjeżdża” zaskakuje i intryguje, a przy okazji dowodzi, że poezja nie musi być koturnowa, aby oddziaływać na czytelnika. Przeciwnie, świat Słomczyńskiego wydaje się bardzo znajomy. W moim odczuciu tomik jest doskonały – od tytułu i zdjęcia na okładce przez treść i formę aż po układ wierszy. Nie dziwi mnie, że w ubiegłym roku poeta znalazł się wśród finalistów Nagrody Nike – zapracował na to wyróżnienie. Brawo!

_________________________________________________________
Szymon Słomczyński, Nadjeżdża, Biuro Literackie, Wrocław 2014



Nadjeżdża

Zbliża się. Halogeny ostrzą się w lusterku
i przechodzą na przestrzał. Zwarcia będą długo,
donośnie kłuć mnie w oczy; a jeśli je zamknę,
to jeszcze bardziej (kręcę, wykręcam, podwórko
jest ciasne, czy to przejdzie?). Dostatecznie szczupły,
by się zmieścić w każdej z nich; czekają otwarte
trumny (wybierz mi którąś) – coś migocze, drażni
do nieuchwytnej chwili, kiedy się zasypia;
śni się zapach zakrystii, kontrola drogowa,
coś jeszcze (nie pamiętam). Też leżę jak kłoda –
budzik szybko (nie słyszę) nadjeżdża. Nadieżda,

Nadzieja – takie imię damy młodej damie,
jeśli się dziś zalęgnie. Halo, czy tu geny?
Przekażcie się. A rano? Wtedy się okaże,
niedoszła matko głupiej (jeśli będzie rano,
co wcale nie jest pewne), że całą noc byłem
sam. sam to taki pojazd, samochód domowej
roboty (tak jak kompot), którego żal, kiedy
się rozbije; bo nie ma jak (teraz będzie koda)
odkupić, odbić znowu, brakuje matrycy;
ukrywam się dość zręcznie, ale wciąż tu jeszcze
jestem. A ty? Co z tobą? Niewinne pytanie,

a przyprawia o wrzody. Tu już nie wykręcę.



środa, 27 maja 2015

O poranku

Szymon Słomczyński

Edward Hopper, The Morning Sun

Poranne światło z łatwością rozdziela
wstyd od zdumienia. Ona się czerwieni,
bo pozwoliła najśmielej się dotknąć.
Dziwi się świetlnie, bo to było milsze
niż wszystko wcześniej. Pod ceglanym dachem

gnieżdżą się ludzie, którzy po dniu pracy
nie zwykli się myć. Cuchną robotniczo,
ona pachnie mydłem, miejscami wczorajszym
mężczyzną i snem. Oni się wciąż mnożą,
ona jest jedyna, tli się pojedynczo

od stóp aż po kok, ciągle podglądana
i oskarżana o lekką dziewczęcość
(Jo Hopper, żona, była tą modelką;
i miała wtedy siedemdziesiąt jeden
lat). Czy to jest żart, bezwzględne szyderstwo,

na które sobie nie malarz pozwolił,
tylko ja, teraz, sprowadzając obraz
na niski poziom mojej wyobraźni,
gdzie modelka-żona nie ma zupełnie nic
pod tą sukienką, czyli nie ma nawet

ani jednej piersi, żadnej gładkiej skóry,
płytkiego pępka, a niżej jest tylko
powietrze, więc swąd - palonych za oknem
traw i benzyny, zapach umierania
tak doskonale, właśnie tu, ujęty?

______________________________________________________
Szymon Słomczyński, Nadjeżdża, Biuro Literackie, Wrocław 2014, s. 41


 Edward Hopper, The Morning Sun (źródło)