Najpierw zachwycił mnie film dokumentalny Patricka Jeudy'ego "Marilyn, ostatnie seanse" pokazywany w telewizji. Czarno-białe zdjęcia, nieszablonowy montaż, do tego rewelacyjna narracja Adama Ferencego - wszystko to w dużym stopniu wpłynęło na oniryczną atmosferę filmu. Książka Schneidera czyli pierwowzór nie jest już tak pasjonująca, miejscami jest wręcz nudna, ale z pewnością dla miłośników kina to lektura warta polecenia.

Całość skupia się na ostatnich dwóch latach życia Marilyn Monroe, kiedy wskutek całkowitego rozchwiania emocjonalnego uczęszczała na intensywną psychoterapię. Żeby nie było wątpliwości: to wytwórnie filmowe nalegały na pomoc specjalistów w trosce o losy powstających filmów. Okazuje się bowiem, że gwiazda była tak rozbita, że nakręcenie krótkiej sceny z jednym zdaniem wymagało niekiedy kilkudziesięciu dubli. Można tylko się cieszyć, że ostatnie filmy z Monroe w ogóle udało się dokończyć, ponieważ ze względu na jej ciągłe niedyspozycje i ucieczki z planu było to prawdziwym osiągnięciem.
Choroba aktorki i jej niepowodzenia w życiu osobistym bez wątpienia zasługują na współczucie. Trudno dociec, ile w tym winy jej samej i trudnego dzieciństwa, a ile środowiska, w którym się obracała. W świetle książki Schneidera zastanawia rola psychoanalityków, których powiązania z Hollywood były bardzo bliskie:
To tam psychoanaliza i kino przeżyły swój fatalny związek. Ich spotkanie było spotkaniem dwóch obcych sobie istot, które odczuwają coś więcej niż wzajemną skłonność, odkrywają w sobie podobne impulsy i pozostają razem wyłącznie przez pomyłkę. Psychoanalitycy próbowali interpretować filmy - czasami z powodzeniem; reżyserzy ukazywali terapeutów interpretujących nieświadomość. Bogaci, nadwrażliwi, neurotyczni, pozbawieni poczucia bezpieczeństwa, jedni i drudzy byli chorzy i prowadzili intensywną "terapię słowem" [str. 22].
Autor (z zawodu również psychoanalityk) pisze dalej tak:
Dziś trudno wyobrazić sobie, czym były zaślubiny psychoanalizy i kina w tamtych wielkich latach. Zaślubiny myśli i ułudy, zawsze pieniędzy, często sławy, czasem krwi - ludzie obrazu i ludzie słów zawarli przymierze na dobre i na złe. Psychoanaliza nie tylko leczyła dusze hollywoodzkiej wspólnoty, lecz także wzniosła miasto celuloidowych snów [str. 23].
Do upadku Monroe w pewnym stopniu przyczynili się właśnie psychoanalitycy, tak bardzo przekonani o swojej cudownej mocy uzdrawiania. Jej ostatni lekarz Romeo Greenson, gwiazda wśród psychoanalityków, niespełniony artysta, ewidentnie popełnił szereg błędów, które pośrednio doprowadziły do śmierci aktorki. Taśmy przez nią nagrane na potrzeby terapii stały się podstawą książki Schneidera, a w połączeniu z innymi dokumentami i zeznaniami znajomych MM robią niesamowicie przygnębiające wrażenie. I tylko żal tej młodej, zagubionej kobiety, która dla jednych stała się zabawką, a dla drugich - królikiem doświadczalnym w badaniach naukowych.
Michel Schneider, "Marilyn, ostatnie seanse", tłum. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Znak, Poznań, 2008


