niedziela, 31 stycznia 2010

Własność - Valerie Martin

To mogła być znakomita książka, a jest niestety trochę mniej niż dobra. Tym bardziej dziwi mnie fakt, że w 2003 r. uhonorowano ją Orange Prize. Nie przeczę - jest ciekawa: rok 1828, młoda Manon żyje ze znienawidzonym mężem na plantacji trzciny cukrowej niedaleko Nowego Orleanu. Musi tolerować obecność czarnej służącej Sarah będącej kochanką jej męża, a zarazem matką spłodzonych przez niego dwojga dzieci. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, zwłaszcza że sama jest bezdzietna. Kobieta najchętniej wyjechałaby do miasta, uciekła od męża.

Życie Manon to szamotanina, szkoda jednak, że autorka nie potrafiła wykorzystać dostępnych środków do podkreślenia stanu psychicznego głównej bohaterki. Pisze o jej częstych bólach głowy, bezsenności oraz uciążliwych upałach, ale to wszystko jakoś ginie. Podobnie rzecz się ma z budowaniem napięcia: zbuntowani czarni napadają na posiadłość, dochodzi do morderstwa, ucieczki, a jednak akcja zbytnio nie porusza. Ba, można się nawet pogubić - kilkakrotnie sprawdzałam, kto co zrobił, albo gdzie był.

Zastanawia mnie również bardzo prosty język powieści. Byłby idealnym rozwiązaniem, gdyby to był pamiętnik Manon. A ponieważ nim nie jest, można oczekiwać trochę więcej. Mam również zastrzeżenia co do samej postaci głównej bohaterki. Wydaje mi się zbyt współczesna w swoim postępowaniu i toku myślenia jak na kobietę sprzed niemal 200 lat. Totalnym nieporozumieniem była dla mnie scena, kiedy pod wpływem impulsu zaczęła ssać pierś Sarah. Ale może się czepiam.
Wierzę, że tę samą historię można było napisać sprawniej, z większym pazurem. Tymczasem powstała powieść średniej jakości, której wymowa sprowadza się do konkluzji, że własnością "panów" byli nie tylko niewolnicy, ale również ich żony (Manon zazdrościła swojej zbiegłej służącej tego, że przez kilka dni mogła swobodnie podróżować po kraju jako biały mężczyzna). Jak dla mnie to za mało.

Moja ocena: 7/10

Valerie Martin, "Własność", Rebis, 2003

piątek, 29 stycznia 2010

Dym się rozwiewa - Jacek Milewski

Książka Jacka Milewskiego - obok "Oka świata" Maxa Cegielskiego - została nagrodzona w 2009 r. Nagrodą im. Beaty Pawlak. Kapituła konkursu swój wybór uzasadniła następująco:

"Dym się rozwiewa" to niezwykła książka o Cyganach w Polsce. Pełna kolorów i emocji. Autor nie pamięta o politycznej poprawności, my zapominamy o stereotypach. (Po tej książce Cygan przestaje być tylko „panem z patelnią”). Milewski opisał nieznany świat, który jest tuż, obok, na wyciągniecie ręki. Opisał ludzi, którzy ten swój świat chronią, ukrywają przed nam, więc budzą lęk, niepokój. Gdy „dym się rozwiewa” widzimy… sąsiadów - oglądających seriale, pijących piwo, odprowadzających dzieci do szkoły... Ale widzimy też rzeczy, które nas szokują, np. wydawanie za mąż 13-letnich dziewczynek.

Nic dodać, nic ująć. Opowieści Milewskiego, który przez 16 lat pracował jako nauczyciel i dyrektor szkoły dla Romów w Suwałkach, są bardzo interesujące. Miejscami może lekko ubarwione, ale to nie przeszkadza. Warto odłożyć na bok uprzedzenia i zagłębić się w ten świat. W końcu Cyganie, albo jak kto woli - Romowie - to nie tylko "Szabadabada amore". Zaskoczyła mnie np. niechęć starszych pokoleń do kształcenia dzieci i ścieżki emigracyjne bardzo podobne do tych "wydeptanych" już przez Polaków. Za najciekawsze teksty uważam "Karuzelę" - opowiadanie nie-Cyganki o pracy w charakterze guwernantki w bogatej rodzinie cygańskiej oraz "Czarli Godo" - dziennik 9-letniego chłopca, który podjął naukę w szkole.

Książka godna polecenia, a ciekawy wywiad z autorem można przeczytać tu.

Moja ocena: 8/10

Jacek Milewski, "Dym się rozwiewa", Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2009

środa, 27 stycznia 2010

Piaskowa góra - Joanna Bator

Nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam z lekturą tej powieści. Na szczęście - jak mawia jedna z jej bohaterek - "co komu pisane, jak kamień w wodę" (sic). Książka jest znakomita, z przyjemnością czytałam o czasach, które doskonale znam z dzieciństwa.

"Piaskowa góra" to saga rodzinna Chmurów i Maślaków, przeplatana historiami sąsiadów i znajomych. Akcja toczy się głównie w Wałbrzychu i skupia na losach małżeństwa Stefana i Jadwigi (później także ich córki Dominiki) obejmując okres od lat 70-tych do 90-tych ub. wieku. Czegóż tu nie ma! Marzenia o kryształach, talonie na malucha i zięciu z Enerefu, wzloty i upadki głównych bohaterów, tajemnice rodzinne i dramaty. Wszystko podane pięknym językiem skrzącym się od błyskotliwych i dowcipnych skojarzeń. Oto kilka przykładów:

Córki psują się szybciej niż mięso na mielone. Najlepiej byłoby je zamrozić i wyjąć bezpośrednio przed spożyciem. (s. 180)

oraz:

Tylko ta kobieta, piękna matka z blizną po szwedzkiej szabli na policzku, okaleczona jak ona, miała dla Jadzi jakąś realność. Baba zawsze babę lepi zrozumi niż ukrzyżowany chłop, i do tego kawaler. (s. 191)

i:

Po tych nieudanych konkurach wypadł na dwa lata z kolejki z powodu polio, które lekko skróciło mu lewą nogę i napełniło goryczą tak dokładnie, że do końca trzymał jej kwaśne ciepło jak dobry termofor. (s. 282)

A goryczy, rozczarowań i zazdrości jest u Bator sporo; niespełnione miłości, zniweczone plany i marzenia są tu na porządku dziennym. Po prostu - samo życie. Losy bohaterów z pewnością mogą przypominać życiorysy osób, jakie sami znamy, w końcu autorka portretuje Polaków przeciętnych, bez nadzwyczajnych aspiracji, a usilnie starających się utrzymać na powierzchni życia. Osobiście wiele ze zjawisk opisanych w powieści pamiętam z własnego doświadczenia, choć na szczęście nie byłam w ich centrum. Co ważne, kpiny z tzw. małej stabilizacji nie są dotkliwe czy prześmiewcze, jest w nich doza zrozumienia.

Po raz kolejny podczas lektury zastanawiałam się nad wpływem światopoglądu rodziny na rozwój dziecka. Outsiderka Dominika pozostała odporna na materialistyczne zapędy rodziców, jednak matka nie umiała jej pokochać, a tym bardziej docenić. Jej niechęć do córki miała również inne podłoże: po części "odziedziczona", po części wynikająca z żalu za zmarłą bliźniaczą siostrą Dominiki. Gdyby się zastanowić, to można dostrzec, że większość bohaterów powieści dźwiga swój osobisty krzyż. Każdego z nich los naznaczył, zostawił jakąś zadrę.

Świetna książka. Oby jej kontynuacja, która ma się ukazać na wiosnę, była równie dobra.

Moja ocena: 10/10

Joanna Bator, "Piaskowa Góra", Wydawnictwo W.A.B, 2009

niedziela, 24 stycznia 2010

Kobieca agencja detektywistyczna nr 1 - Alexander McCall Smith

Z notki biograficznej wynika, że Alexander McCall Smith jest prawnikiem, specjalistą od medycyny sądowej i bioetyki. I być może na tym powinien poprzestać, ponieważ pisanie kryminałów nie jest jego mocną stroną.

Za namową przyjaciółki przeczytałam pierwszą część cyklu o przygodach mma Ramotswe z Botswany. Wydawałoby się, że i miejsce akcji, i postać pani detektyw - korpulentnej kobiety po 30-tce - stanowią doskonały punkt wyjścia do stworzenia nieco egzotycznego kryminału. Tymczasem fabuła jest dość naiwna, chwilami niekonsekwentna i wręcz nudnawa, postać głównej bohaterki zaś - mocno wyidealizowana, a w efekcie - jednowymiarowa. Autor serwuje czytelnikom peany na cześć Botswany, dydaktyczne wtręty np. w kwestii feminizmu. Do tego słodkawe zakończenie.

Jak dla mnie - czytelniczy niewypał i zmarnowana szansa. Zupełnie nie rozumiem popularności serii, ale może dalsze części są lepsze.

Moja ocena: 6/10

Alexander McCall Smith, "Kobieca agencja detektywistyczna nr 1", Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2004

piątek, 22 stycznia 2010

Dzieci bohaterów - Lyonel Trouillot

Rodzeństwo ze slumsów Port-au-Prince mają dość ojca maltretującego matkę. Pewnego dnia 16-letnia Mariela rusza jej na odsiecz i z pomocą młodszego brata zabija ojca. Uciekają do lepszej dzielnicy, włóczą się bez celu wiedząc, że ich dni są policzone, a los przesądzony. Książka jest relacją brata Marieli z owej trzydniowej tułaczki.

Przemoc rodzi przemoc - to już niemal truizm i być może dlatego historia zbrodni niezbyt mnie poruszyła. Nie zauważyłam też w niej gniewu, o którym wspominali niektórzy recenzenci. Jest tu natomiast beznadzieja i rezygnacja. Dzieciaki tkwią w zaklętym kręgu własnej - ubogiej - dzielnicy, najwyraźniej nie dostrzegają możliwości wyrwania się z niej. Ci, którym się udało, są postrzegani jako obcy, nie zasługują na szacunek, ale na docinki. I chyba właśnie to mnie najbardziej poruszyło: zupełnie inny system wartości, a może nawet ich brak, bo co sądzić o ojcu, który w XXI wieku zabrania chodzić dzieciom do szkoły, przepija skradzione żonie pieniądze i jest damskim bokserem? Los Marieli i Colina został poniekąd przypieczętowany przez ich nieodpowiedzialnych rodziców: bez wykształcenia ich życie potoczyłoby się zapewne podobnie jak w przypadku matki i ojca, ponieważ jednak pod wpływem impulsu zabili zakałę rodu, skończą jeszcze gorzej, bo w więzieniu. Trudno dostrzec inne możliwości.

Dla mnie to książka o przyspieszonym dojrzewaniu i determinowaniu losu przez miejsce urodzenia. Gorzka, zważywszy, że dzieciaki nie były z gruntu złe (Mariela była nawet bardzo inteligentna i pojętna), a miały pecha urodzić się w nieodpowiednim miejscu i rodzinie. Cieszę się, że mogłam przeczytać książkę z tak odległego i rzadko obecnego w literaturze kraju jak Haiti.

Moja ocena: 8/10

Lyonel Trouillot, "Dzieci bohaterów", Wydawnictwo Karakter, 2009