piątek, 18 stycznia 2013

Klub czytelniczy (odc. 25) - Opowieść podręcznej

Kobiety zjednoczone we wspólnej sprawie! Wspierając się nawzajem w codziennych obowiązkach, we wspólnym marszu przez życie, wykonując powierzone im zadania. Niby dlaczego jedna kobieta miałaby brać na siebie wszystko, czego wymaga zapewnienie domowi spokoju i pogody? Byłoby to nierozsądne i nieludzkie. Wasze córki będą miały więcej wolności. (s. 137)


Pytania do dyskusji:

1. Jakie są Wasze ogólne wrażenia po lekturze "Opowieści podręcznej"? Jakie są mocne i słabe strony powieści?

2. Czy pobyt w Gileadzie zmienił główną bohaterkę? Jeśli tak, w jaki sposób? Czy udało jej się dostosować do hasła Nolite te bastardes carborundorum (Nie dajcie się pognębić sukinsynom)?

3. Dlaczego Komendant wszedł w bliższe relacje z podręczną?

4. W gileadzkiej hierarchii każda kobieta należy do konkretnej grupy społecznej. Jedyną kobietą, która nie zgadza się podporządkować, jest Moira. Czy podobała Wam się ta postać? Jaką rolę odgrywa w powieści?

5. Jak na Wasz odbiór książki wpłynął jej ostatni rozdział?

6. Czy wizja opisana w „Opowieści podręcznej” ma szansę kiedyś się ziścić?

7. Miejsce na Wasze pytania


Zapraszam!


309 komentarzy:

  1. 1. Podobało mi się, zresztą bardziej niż za pierwszym razem. Ciekawy jest pomysł, świat przedstawiony, styl, konstrukcja. Gdzieś tak koło połowy siada napięcie, wszystko robi się trochę za bardzo wprost, za mało się zostawia domyślności czytelnika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie chyba było odwrotnie, lepiej mi się czytało drugą połowę.;)
      Co do opowiadania wprost - może takie wrażenie jest skutkiem większej wiedzy?

      Usuń
    2. Czyjej większej wiedzy? Fredy? Mnie się akurat niespecjalnie podoba, że po latach błądzenia we mgle nagle bach i dziewczyna się dowiaduje wszystkiego od razu. Zepsuło mi to wrażenie pierwszej części; lubię niedopowiedzenia. Zresztą mam wrażenie, że Atwood w ogóle jest dość nierówna nawet w ramach jednej powieści; są momenty świetne i mielizny - i dlatego dotąd mnie tak naprawdę nie zachwyciła. Nawet Penelopiada w jakimś momencie nieco siada, choć i tak stosunkowo najmniej.

      Usuń
    3. Czego Freda dowiaduje się od razu? Mam wrażenie, że najważniejszych rzeczy - co stało się z jej córeczką i Łukaszem - nie dowiedziała się nigdy.
      Według mnie napięcie nie siada, a rośnie, w każdym razie ja do końca czytałam z mocno bijącym sercem, z tym, że ja czytałam po raz pierwszy.

      Usuń
    4. Koło połowy przecież mamy wyjaśnienie losów Moiry, podstaw organizacji systemu. O córeczce mniej więcej wie od początku, o Łukaszu, miejmy nadzieję, dowiedziała się czegoś po ucieczce. Nawet za pierwszym razem się szczególnie nie emocjonowałem, początek owszem, potem już mniej.

      Usuń
    5. Na s. 215 mamy wyjaśnienie dość otwarte: "Nie wiem jak skończyła, ani nawet c z y skończyła, ponieważ nigdy jej więcej nie widziałam". To czytelnik wybiera, nic nie zostaje podane czy narzucone.
      Adopcja córeczki przez obcych ludzi i domniemana śmierć Łukasza to są fakty, do których Freda wraca wielokrotnie, ale cały czas w czytelniku trzepocze wiara, że coś się wyjaśni, że dojdzie do spotkania. W każdym razie we mnie trzepotała do ostatnich chwil.:)

      Usuń
    6. @ZWL

      Miałam na myśli, że to czytelnik dowiaduje się coraz więcej nt. systemu, pewnych rzeczy można się samemu domyślić i być może dlatego napięcie spada. Mnie to nie przeszkadzało, bo i tak czytałam długo, małymi partiami.;(

      Usuń
    7. Ja miałem wrażenie, że jednak w pewnym momencie zamiast dawkowania danych i domysłów, zostałem zalany falą informacji - spotkanie z Mojrą u Jezebel to jest ten punkt, kiedy mi się książka trochę w szwach rozeszła.

      Usuń
    8. ~ Zacofany w lekturze
      Ja tej fali nie odebrałam. :) Do końca dręczył mnie niedosyt informacji.

      Usuń
    9. Mi też się wydaje, że siłą tej książki jest brak zakończenia i prostego wyjaśnienia wielu kwestii. Faktycznie, spotkanie z Moirą wiele wyjaśnia, ale nie wszystko. Dlatego też myślę, że lepiej byłoby bez ostatniego rozdziału, który - poza stworzeniem efektu szkatułkowatości - był dla mnie zbyt toporny i łopatologiczny w porównaniu z wcześniejszą treścią.

      Usuń
    10. Brak informacji miał chyba pokazać odcięcie podręcznych od świata i cenzurę w Gileadzie. Wiemy tyle, ile opowie nam podręczna. A brak informacji jest kolejną formą władzy. Wizyta w Jezebel była jak wyprawą w totalnie inny świat. Wyobrażałam sobie to miejsce jako pełne zgiełku, dymu, świateł i kolorów jak z podejrzanego dansingu, więc ten zalew informacji pasował mi. Czarny rynek różnych towarów, także informacji właśnie.

      Usuń
  2. Ad. 1. Mam mieszane uczucia po lekturze. Z jednej strony czytałam z zainteresowaniem i niechętnie się od niej odrywałam, z drugiej - nie porwała mnie. Podobało mi się, jak autorka kreśliła portret psychologiczny Fredy, opisywała jej uczucia; moim zdaniem świetnie uchwyciła stan ducha człowieka, który znajduje się w beznadziejnej sytuacji, ale jednak chce przetrwać; to było wiarygodne. Natomiast kompletnie nie przekonała mnie wizja Gileadu, panujących tam zasad. Scena łóżkowego trójkąta wzbudziła jednocześnie obrzydzenie i niedowierzanie (jest w niej coś perwersyjnego), natomiast podwójny fotel porodowy i kładzenie noworodka przy Żonie zamiast kobiecie, która go powiła... to kompletny absurd, spektakl przyprawiający o śmiech do rozpuku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że absurd był zamierzony, to chyba miało pokazać czytelnikowi, do czego może doprowadzić ścisła kontrola i pewne pomysły na życie, państwo, role kobiet, itp.
      Mnie też książka nie porwała. Doceniam jej kunszt, ale czytałam bez większych emocji. Dopiero ostatni rozdział mnie poruszył.

      Usuń
    2. Odnośnie czytania bez emocji, to mam świeżo w pamięci lekturę "Nie opuszczaj mnie" Ishiguro - książki w gruncie rzeczy o tym samym, czyli o tym, do czego może dojść, jeśli... Na tle Ishiguro Atwood wypada znakomicie. Jeśli ten pierwszy był dla mnie właśnie mdły i blady, o tyle Atwood silnie mnie poruszyła swoim wątkiem "dziecięcym". Odetchnęłam z ulgą, gdy w opowieści retrospektywnej minęliśmy już moment utraty córki. Do tego bowiem miejsca zdarzało mi się czytać ledwie po kilka kartek z koniecznością zrobienia natychmiastowej przerwy, gdyż nie wyrabiałam. A ta scena porodu - makabra!

      Usuń
    3. Coś mi się zdaje, że nie będę się spieszyć z lekturą Ishiguro.;) Dzięki za ostrzeżenie.
      Dla mnie nawet scena aktu z Komendantem pod okiem żony była okropna.

      Usuń
    4. @Eireann: dlaczego uważasz, że sceny porodu to absurd? To konsekwentna realizacja idei leżącej u podstaw systemu Żon i Podręcznych. Podręczna jako inkubator. Zresztą czy system surogatek jest bardzo od tego odległy? Tyle że surogatka rodzi z własnej woli, a Podręczne nic do gadania nie miały.

      Usuń
    5. ZWL: w kontekście, o którym piszesz - tak, jest logiczna, zgadzam się. Absurdalna jest dla mnie jako odbiorcy powieści. Ale myślę też, że przede wszystkim służy ona pokazaniu, jak absurdalny był system rządzący Gileadem. Nie miałeś wrażenia czytając ją, że to jakiś kretyński spektakl?

      Usuń
    6. Powalał mnie absurd całego systemu, ale nie tej sceny, skoro się idealnie w ten absurd wpasowywała. Spójność pełna. Dla mnie ciekawsze było, że i Żony, i Podręczne cały ten rytuał traktowały nieco jak cyrk i rozrywkę - ale to tylko świadczy o powierzchowności przyjęcia założeń ideologicznych systemu.

      Usuń
    7. ZWL - nie bardzo widzę, żeby traktowały to jako "rozrywkę", raczej jako chory spektakl, w którym muszą uczestniczyć. I jedne i drugie były upokorzone. Mam wrażenie, że i dla mężczyzna nie było w tym miejsca na rozrywkę, rozrywkę (przynajmniej ci wyżej postawieni) zapewniali sobie w tajemnicy.

      Usuń
    8. No nie wiem, śmiechy, poncze, papierosy, plotki - zawsze to jakaś odmiana w codziennej rutynie. Upokorzenie ewentualnie wyparte gdzieś głęboko. Jaki system, takie rozrywki - w końcu Gilead jest wzorowany na purytanizmie, a jakież purytanie mieli rozrywki? Nawet czytanie Biblii rozrywką nie było, zresztą człowiek nie miał prawa do rozrywek, modlitwa i praca jeno.

      Usuń
    9. Oj, czekajcie, ja właściwie pisałam nie o scenie porodu, tylko uprawianiu seksu, więc wprowadziłam zamieszanie... Sorry, pierwszy raz uczestniczę w Waszej dyskusji i trochę jeszcze nie ogarniam wątków.

      Usuń
    10. A, no to wszystko jasne:P Co do sceny seksu - to ma być przetworzenie, spotworniałe, epizodu biblijnego potraktowanego dosłownie. Tak na marginesie, czytałem kiedyś w jakiejś pracy z zakresu "historii alternatywnej", że epizod z Rachelą i Jakubem można interpretować jako opis zabiegu in vitro dokonanego przez kosmitów:P

      Usuń
    11. Grendello, wcale Ci się nie dziwię, bo te dwa "spektakle" były bardzo podobne. Nawet budowa fotela, na którym odbywał się poród, przewidywała siedzenie dla Żony. Układ ciał był bardzo podobny jak w czasie łóżkowej ceremonii.

      Usuń
  3. Ad. 2. Myślę, że Freda bardzo nie chciała się zmienić, chciała ocalić samą siebie taką, jaka była wcześniej, bo wierzyła, że jest możliwy powrót do życia, jakie wiodła wcześniej. Dlatego nałożyła sobie maskę Podręcznej, wciąż napominała w duchu, jak ma postępować. Nawet jeśli nadeszło ocalenie, coś z pewnością pozostało w jej psychice. Czy nie dała się pognębić? Zgodziła się na przemoc, ale mimo wszystko był to jej świadomy wybór.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, wg mnie Freda stopniowo poddaje się. W zasadzie zależy jej tylko na przeżyciu (takie mam wrażenie), bo na pewno nie na zorganizowanej opozycji.;) Co jest dla mnie zresztą zrozumiałe.

      Usuń
    2. Na nią czyha tyle zagrożeń, że musi się skupić głównie na przeżyciu. Myślę też, że niebagatelne znaczenie ma tu fakt, że ma córkę - chce żyć dla niej, zrobi wszystko, żeby przetrwać.
      A ja wolę myśleć, że ucieczka przyszła we właściwym momencie, że Freda ocaliła dzięki temu siebie.

      Usuń
    3. Zgadza się, teoretycznie ma dla kogo żyć. Ale czy nie masz wrażenia, że Freda bardziej tęskniła za mężem niż za córką? Być może dlatego, że los córki był znany (przynajmniej z grubsza), a męża - nie.

      Usuń
    4. O ile dobrze pamiętam, to był taki moment, kiedy Freda nakazała sobie nie myśleć o córce, żeby nie poddać się emocjom, pozostać opanowaną. Ale masz rację - później rzeczywiście tak było. Wiedziała, że córka jest bezpieczna i martwiła się o męża.

      Usuń
    5. Umknęło mi to. Fakt, jeśli los córki był jej z grubsza znany, martwienie przeniosło się na męża. Ciekawe były trzy wersje, które sobie wymyśliła na okoliczność jego śmierci, uwięzienia i ew. ucieczki.

      Usuń
  4. Ad. 3. Chyba są dwie możliwości. Pierwsza, stara jak świat czyli "żona go nie rozumie". Druga: nie akceptował nowych porządków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się wydaje, że i jedno, i drugie.;)

      Usuń
    2. Gdy już to napisałam, to też doszłam do takiego wniosku ;-). Ciekawe, że nie akceptował, ale nie zrobił nic, żeby to zatrzymać. Nie miał odwagi powiedzieć "panowie, chyba nie o to nam chodziło..."?

      Usuń
    3. To chyba nie był ten gatunek mężczyzny.;( Mało zdecydowany się wydaje. Ale jego powiedzenie "Nie można zrobić omletu nie tłukąc jaj" weszło już do mojego słownika na stałe.;)

      Usuń
  5. Ad. 4. Moira budziła moją sympatię. Sądzę, że miała symbolizować nadzieję, że uda się przywrócić wszystko do poprzedniego kształtu. Dla mnie jednak w tej roli bardziej przekonująca jest Glena. Działała w czymś na kształt ruchu oporu, podczas gdy Moira ostatecznie się podporządkowała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. We mnie też budziła sympatię jako osoba o zdecydowanych poglądach i skłonna walczyć w ich imię. Niestety do czasu, ale chyba niewielkie miała szanse na lepszą przyszłość.

      Usuń
  6. Ad. 6. Mam nadzieję, że nie, ale jeśli chodzi o ten świat, nic mnie już nie zdziwi ;-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, wszystko może się zdarzyć. Nie wiadomo do czego może doprowadzić dowolny fundamentalizm.

      Usuń
    2. Mnie już też nic nie dziwi. W końcu jeden pan poseł kazałby żonie urodzić dziecko z gwałtu.

      Usuń
    3. Na miejscu owej żony złożyłabym pozew o rozwód...

      Usuń
    4. Ale może do męża coś by dotarło ;-)

      Usuń
    5. Nie rozśmieszaj mnie, beznadziejny przypadek:P

      Usuń
    6. To może do innych jemu podobnych? Więcej wiary w człowieka ;-P

      Usuń
    7. Czasem posłowie wygadują różne głupstwa, ponieważ ulegają presji zainteresowanych grup społecznych i organizacji, czasem chcą po prostu namieszać. Żonie posła współczuję, jak ona mogła się poczuć usłyszawszy coś takiego? Jak rzecz.

      Usuń
    8. Nie zakładasz wariantu, że on tak może faktycznie myśleć?

      Usuń
    9. Zapomniałam - zakładam.;(

      Usuń
    10. Ale liczę na to, że palnął bez zastanowienia.

      Usuń
    11. To go dyskwalifikuje jako polityka, jak sądzę:P

      Usuń
  7. Ad. 5. Powieść ma tak przygnębiający wydźwięk, że ostatni rozdział wydaje się być czymś na kształt happy endu - reżim upadł, wszystko wróciło do normalności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Mnie się wydało, że ten "normalny" świat jest nieszczególnie przyjazny kobietom. Ton, jakim się mówi o kobietach z Gileadu, jest kpiący, na konferencji prym wiedzie jakiś pyszałkowaty naukowiec (płci męskiej) - za taką "normalność" to ja dziękuję.;(

      Usuń
    2. Czyli norma ;-). Na tle sytuacji kobiet w Gileadzie to był raj, w końcu to kobieta przewodniczyła konferencji. Świat Gileadu był nieludzki - odbieranie dzieci matkom, sprowadzanie kobiet do pozycji przedmiotu, nawet los uprzywilejowanych był nie do pozazdroszczenia.

      Usuń
    3. W Gileadzie kobiety zredukowano do roli inkubatorów, później było lepiej. Najciekawsze jest to, że podobno opisane sytuacje miały miejsce w czasach purytańskich w USA, Atwood korzystała z dokumentów.

      Usuń
    4. A żeż niby do jakiej roli chcieliby zredukować kobiety niektórzy współcześni mężczyźni, w tym w Polsce??? Do tej pory byłam poprawna politycznie, ale wieczorową porą mi się ulewa. Moim zdaniem ten straszak jest cały czas tak samo aktualny.

      Usuń
    5. W tym Polsce, w tym Sejmie i Senacie, trzeba dodać. Obawiam się, że potrzeba jeszcze kilku pokoleń, żeby takie pomysły wyrugować.

      Usuń
    6. Pytanie, czy świat pogileadzki wrócił do normy - co w nim było normą? Za mało mamy danych, żeby to stwierdzić chyba, a jakoś nie zauważyłem specjalnego potępienia praktyk gileadzkich u naukowców przyszłości. Oni zresztą traktują temat jakby chodziło o badanie mrowiska:)

      Usuń
    7. Naukowiec w ostatnim rozdziale kilka razy używa terminu "reżim gileadzki", więc możemy wnioskować, że to jest zamknięty, wstydliwy rozdział historii.

      Usuń
    8. Czy aby wstydliwy? Jakoś nad losem Fredy nikt się nie roztkliwia - chyba że naukowcom spowszedniały takie opowieści.

      Usuń
    9. Otóż to, potępienia reżimu brak. Naukowcy rozprawiają o Gileadzie bez większych emocji, czasem dowcipkują. I co krok podważają prawdziwość dokumentu, choć rozumiem, że to akurat może być w świecie nauki powszechne.

      Usuń
    10. Moim zdaniem już słowo "reżim" budzi dość jednoznaczne skojarzenia i łączy się ze zdecydowanie negatywną oceną. To są naukowcy, którzy spotkali się na konferencji, nie na politycznym wiecu potępiającym dawny system. Czy w dzisiejszych czasach historycy na konferencjach potępiają stalinizm albo nazizm? To są chyba już rzeczy oczywiste.
      Wydaje mi się, że Atwood chciała w ostatnim rozdziale pokazać bezduszność mechanizmów historii, która beznamiętnie przeżuwa ludzkie dramaty.

      Usuń
    11. OK, słowo "reżim" zostało użyte przez prelegenta i budzi jednoznaczne skojarzenia.
      Tak, myślę, że taka interpretacja ostatniego rozdziału jest b. celna. Całkowicie się zgadzam.

      Usuń
  8. 1. To mój drugi kontakt z Atwood i wypadł dobrze czytałam jeszcze "Rok potopu", ale kompletnie nic nie pamiętam, poza tym że czytałam ją w miejscu gdzie były karaluchy). Na temat konstrukcji i innych takich nie powinnam się jednak wypowiadać, bo z uwagi na brak czasu czytałam ją przez dwa tygodnie, średnio po 30 stron dziennie, co mocno upośledziło mi odbiór książki. Wydaje mi się jednak, że książka zyskałaby, gdyby autorka nie wprowadziła tak wielu różnych wątków, które potem jednak porzucała, w połowie, albo i wcześniej. Większość problemów, które poruszyła jest bardzo ważkich i chyba lepiej by im zrobiło, gdybyśmy dostali szansę skupienia się tylko na kilku z nich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że te różne wątki miały nakreślić sytuację w Gileadzie. Mnie właściwie przeszkadzały retrospekcje, chociaż na ogół lubię takie wstawki.
      Natomiast za świetne uważam pierwsze rozdziały, w których Freda wyrusza na zakupy. Autorka znakomicie pokazała tło wydarzeń przy tej okazji, byłam pod wrażeniem.
      A jak Ci się podobał "Rok potopu"? Omijam go, bo wolę Atwood piszącą o teraźniejszości lub przeszłości.

      Usuń
    2. Mi retrospekcje nie przeszkadzały, poza wrażeniami emocjonalnymi, o których napisałam niżej. Z pewnością celem różnych wątków było pokazanie szerszego spektrum, ale podtrzymuję swoje zdanie, że parę rzeczy można było sobie darować.
      Zakupy faktycznie były niezłe. Mi jednak bardziej podobało się tło społeczne pokazane przy okazji spotkań Żon i Podręcznych, np. w salonie przed Ceremonią czy podczas porodu.

      Co do "Roku potopu" - kilka dni temu wygrzebałam go z kąta, przekartkowałam i naprawdę - kompletnie nic nie pamiętam! Wydaje mi się, że wtedy (gdzieś ze sześć, siedem lat temu) kiedy go czytałam średnio mnie porwał. Ale do zabijania karaluchów nadawał się znakomicie!:P

      Usuń
    3. O tak, spotkania Żon i Podręcznych były b. ciekawe, podobnie jak kontakty Podręcznych między sobą, zwłaszcza z nowymi. Czyż nie jest szatańskim pomysłem nazywać każdą następną identycznie? Freda? Która Freda? (w oryginale imiona są jeszcze ciekawiej budowane, bo Offglen, Offred, Offgeorge itd.).

      Taka ładna pupa (patrz okładka "Roku potopu")do zabijania karaluchów? No nie!;) Niestety wszędzie pisze się bez emocji o tej książce.

      Usuń
    4. Odnośnie imion, to ja miałam niestety skojarzenia ze znanym mi z XIX wiecznej literatury angielskiej zwyczajem nazywania kobiet od imion ich mężów - pani Tomaszowa Moore, pani Edwardowa Smith. Czym to się różni? Taki mały sygnał, że to już było, ale wcale nie znaczy, że już nie wróci.

      Usuń
    5. Ależ tak, to dokładnie o to chodzi. Przy czym w oryginale ta "własność" jest mocniej podkreślona.
      Nieśmiało zauważę, że zdarza mi się mówić: dzisiaj przychodzą do nas Jaśki, Tomkowie itp. Muszę zrewidować swój język.;)

      Usuń
  9. 2. Każdy pobyt w takim miejscu musi zmienić człowieka, nawet jeśli on tego nie chce. Nie jest możliwe, aby po takich przeżyciach po prostu się otrząsnąć i wrócić do tego, co było kiedyś.
    Freda na pewno wewnętrznie nie dała się zupełnie pognębić, nawet jeśli z pozoru mogło wyglądać inaczej. Czasem wystarczy choćby małe coś, aby ocalić w sobie siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nie sposób pozostać sobą w społeczeństwie, które jest pod ścisłą kontrolą. O pognębieniu czy "wygłodnieniu" Fredy może świadczyć jej chęć bliskości drugiego człowieka - to widać nawet po tym, jaką wagę przywiązywała do napisu w szafie i naturalnie po tym, że pragnęła Nicka (bo to mógł być prawie każdy mężczyzna). Myślę, że to jedne z niewielu przykładów na to, że system działał sprawnie.

      Usuń
    2. I widzisz, dla mnie to właśnie oznaki tego, że nie dała się pognębić:PP

      Usuń
    3. Ale koleżankom odmówiła udziału w spisku tj. szpiegowania Komendanta itp. Moim zdaniem zrobiła to dla własnego bezpieczeństwa.

      Usuń
    4. Może tak, może nie. Ja jako zwierzę zdecydowanie niestadne i nieprzynależące do żadnej organizacji doskonale ją rozumiem!

      Usuń
    5. Przecież nie odmówiła z lojalności wobec szefostwa, myślała raczej o sobie.
      Ja też jestem niestadna i niezrzeszona, ale nie polubiłam jej. Co w sumie nie jest dziwne, bo to antybohaterka.;)

      Usuń
    6. A ja ją rozumiem. I też bym myślała o sobie. Sorry.

      Usuń
    7. Ależ ja tego nie potępiam. Podejrzewam, że zdecydowana większość tak by postępowała. Ja ją rozumiem, ale mojej sympatii nie wzbudziła.

      Usuń
    8. Freda to antybohaterka??? We mnie wzbudziła wielką sympatię i współczucie. Według mnie ona nie myśli o sobie, myśli o córeczce i Łukaszu, bo nie zniosłaby, gdyby szantażowano ją torturami bliskich osób, do czego szczerze się przyznaje.

      Usuń
    9. Antybohaterka, bo nie walczy, nie stawia czynnego oporu itp. To by była bohaterka, do jakich przyzwyczaiła nas literatura.
      Współczucie wzbudza, ale nic nie poradzę - nie zdążyłam jej polubić.;(

      Usuń
    10. Ale ona wyraźnie wyjaśnia, dlaczego nie walczy. Porównuje się do galarety, otwarcie mówi o tym, dlaczego nie nadaje się do konspiracji. Mnie ujęła jej szczerość.

      Usuń
    11. Zgadza się - wyjaśnia i twierdzi pośrednio, że nie nadaje się na bohaterkę. To nie jest zarzut z mojej strony, staram się spojrzeć na sytuację z dystansem.;)
      Taka szczerość jest b. cenna. Pamiętam opowieść jednego z opozycjonistów (Havel?), który chadzał z petycjami i listami do podpisania. Mówił, że nie miał nigdy żalu do ludzi, którzy mu odmawiali, bo otwarcie przyznawali się do strachu.

      Usuń
    12. To prawda. Tym bardziej, że to był na pewno strach nie tyle o siebie, co o bliskie osoby. Tak to właśnie wyjaśnia Freda.

      Usuń
    13. Taka niepewność co do losów najbliższych zawsze źle wpływa na psychikę, wcale się Fredzie nie dziwię.

      Usuń
  10. 3. A to akurat moim zdaniem dość proste. Dla sportu. Nie doszukiwałabym się po jego stronie jakichś głębszych oznak człowieczeństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie uważam, że robił to ze współczucia itp. Może też z ciekawości i nudy? Myślę, że jednak zdawał sobie sprawę, że ten nowy system jest pomyłką i szukał namiastek starego świata.

      Usuń
    2. Wiesz, ja szczerze wątpię w to, czy istnieje jakikolwiek fundamentalista, który naprawdę wierzy w to, co narzuca innym. Nie zapominajmy o tym, że Komendant Fredy był kimś wysoko postawionym w hierarchii, kimś kto poniekąd też miał wpływ na kształt Gileadu. Ciekawość? Nie sądzę. Prędzej nuda. Ale uważam, że głównie o czczą rozrywkę chodziło. I o ten dreszcz, którego nie sposób było zastąpić choćby najbardziej wymyślnymi ceremoniami.

      Usuń
    3. Komendant w moim odczuciu był zupełnie nijaki. Wyprany z emocji, urzędnik we własnym domu. Tak jakby pomysły mu się skończyły, jakby zabrnął w kozi róg.

      Usuń
  11. 4. Moira jest na pewno - do czasu - pewnym punktem odniesienia dla Fredy, żywym dowodem na to, że można inaczej, że jest ktoś, komu się to udało. Przykro mi bardzo, ale mnie średnio zainteresowała. Chyba czegoś zabrakło w konstrukcji postaci. Dużo ciekawsza była dla mnie np. Janina.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, na pewno była punktem odniesienia dla Fredy, która najwyraźniej potrzebowała autorytetu, przewodnika itp. Mnie Moira podobała się, na jej przykładzie Atwood dobitnie pokazała, że każdego można złamać.
      Janina? Dlaczego?

      Usuń
    2. To, że każdego można złamać, to nie nowina. Parę osób i systemów udowodniło to już przed Atwood...
      Janina jest dla mnie typowym, przeciętnym człowiekiem. Większość ludzi w takiej sytuacji zachowywałaby się tak, jak ona, czy nam się to podoba, czy nie. Pierwszy odruch, kiedy czyta się książkę, to usytuowanie jej po stronie tych złych, bo miękkich i bez charakteru. W drugim odruchu należałoby jednak sięgnąć po lusterko.

      Usuń
    3. Nie twierdzę, że Atwood wymyśliła coś nowatorskiego. Bez Moiry "krajobraz" w powieści byłby mniej ciekawy. Nie dość, że się buntuje, to jeszcze lesbijka. Paradoksalnie kończy jako prostytutka dla mężczyzn.
      Człowiek miękki i bez charakteru = człowiek zły? Jak dla mnie to zbyt duże uproszczenie. Dopóki nie szkodzi innym jest po prostu przeciętniakiem, mało kto ma odwagę się wychylać. I dlatego w kwestii lusterka, całkowicie się zgadzam.

      Usuń
    4. Niewątpliwie Moira była w powieści potrzebnym elementem; zawsze zresztą to buntownicy dodają scenerii kolorytu.
      Odnośnie "miękkich", wcale nie miałam na myśli tego, że uważam ich za "złych". Mam jednak wrażenie, że tak usytuowała ją sama Atwood. Ona zresztą nie jest wcale jednoznaczna; gdyby była bezrefleksyjna i głupia, to ostatecznie raczej by nie oszalała. Myślę, że mało która kobieta wytrzymałaby to, co przeszła Janina.

      Usuń
    5. Chyba wszystkie podręczne (z wyjątkiem Moiry) to antybohaterki. Taka była sytuacja i w zasadzie nie mogły inaczej się zachowywać (ale nie mam wrażenia, że Atwood sytuuje je jako złe). Sam fakt, że przez cały czas były obserwowane, musi na dłuższą metę być dobijający. Myślę, że do pewnego stopnia były wręcz zaszczute. Jedynym wentylem bezpieczeństwa były wyprawy do miasta oraz publiczne lincze (nie pamiętam nazwy tej "uroczystości"). Wyrafinowana perfidia - znaleźć kobitkom ofiarę i na niej pozwolić wyładować swoje frustracje.
      Masz rację, słabe, nieodporne podręczne oszalałyby.

      Usuń
  12. 5. Nijak. Odniosłam wrażenie, że autorka chciała uniknąć napisania bardzo długiej książki, w związku z czym uprościła sobie trochę robotę, załatwiając wszystko takim prostym manewrem:))
    Jedno w tym rozdziale jednak bardzo mi się podobało - ostatnie zdanie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnie zdanie jest boskie!;)
      Hm, gdyby Atwood zabrakło pomysłu, skończyłaby już na sfingowanym aresztowaniu Fredy. Zakończenie otwarte, niech się czytelnik martwi, co spotkało główną bohaterkę. Tymczasem autorka to zakończenie podkręca.

      Usuń
    2. Pewnie tak jest, myślę że Atwood w czasie pisania tej książki była już zbyt dojrzałą pisarką, aby uciekać się do takich chwytów, jak te o których napisałam. Jakikolwiek jednak miała cel, to akurat udało jej się moim zdaniem średnio.

      Usuń
    3. Dzisiaj czytałam ten rozdział ponownie, dużo dokładniej niż za pierwszym razem i uderzył mnie ton głównego prelegenta. W zasadzie cały czas kwestionuje opowieść podręcznej, wtrąca złośliwe aluzje, kpi. Co za typ!

      Usuń
    4. Mnie się ten rozdział skojarzył trochę z "Kongresem futurologicznym" Lema. :)
      Wydaje mi się, że Atwood dobitnie pokazała, co historia robi z ludzkimi dramatami - za jakiś czas staną się obiektem naukowych dywagacji, kompletnie wyzutych z emocji.

      Usuń
    5. Zgadza się. Pamięć ludzka jest najwyraźniej bardzo krótka.
      O Gileadzie rozprawia się między wypadem na ryby a kolacją (lub odwrotnie).

      Usuń
  13. 6. Nie wiem, czy w takiej drastycznej formie, ale w jakichś elementach na pewno. To niezła wizja tego, do czego prowadzi każdy fundamentalizm (tu akurat konkretnie ukierunkowany, ale równie dobrze mogłoby chodzić o coś zupełnie innego). Myślę, że już teraz znalazłoby się paru chętnych do wprowadzenia tego rodzaju porządków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja odniosłam wrażenie, że przyczynił się do tego ruch feministyczny, w pewnym momencie pojawia się taka sugestia.

      Usuń
    2. Pytanie tylko: do czego się przyczynił? Przyznaję, że te krótkie wzmianki o ruchu feministycznym raczej tylko omiatałam wzrokiem, ale dla mnie jeśli do czegoś się przyczynił, to może tylko do rozjuszenia tych, którym na tyle się nie podobały jego propozycje, że postanowili przystąpić do kontrataku.

      Usuń
    3. Feminizm mógł się przyczynić do takiej sytuacji, w tekście pada gdzieś zdanie, że dla mężczyzn nie było już miejsca w społeczeństwie, bo kobiety potrzebowały ich w coraz mniejszym stopniu. Stąd też niska liczba urodzeń.
      Cytat zamieszczony przed pytaniami do dyskusji to słowa ciotki Lydii, ale czy nie mogła ich wypowiedzieć kiedyś feministka?

      Usuń
    4. Dokładnie o tym myślałam pisząc swój komentarz - mężczyźni nie wytrzymali i "rąbnęli pięścią w stół". Zresztą wśród samych kobiet pojawiły się tendencje konserwatywne, przykładem Serena Joy, którą rozpoznała Freda jako propagatorkę tych idei.

      Usuń
    5. I to rąbnięcie w stół jest realnym zagrożeniem.;) Myślę, że zawsze znajdzie się odłam konserwatywny. A najgłośniej czasem krzyczą nowo nawróceni.;)

      Usuń
    6. Stąd wniosek, że wszelkie skrajności są szczególnie niebezpieczne. Lekceważenie potrzeb lub uczuć jakiejś grupy społecznej może skończyć się źle (i zwykle się tak kończy). Jakoś ludzkość nie może się tego nauczyć...

      Usuń
    7. Przebiegam szybko myślami niezadowolone grupy społeczne i próbuję wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby dokonały przewrotu i zbudowały nam Gilead...

      Usuń
  14. 7. Przypomniało mi się nurtujące mnie na początku lektury pytanie: po co te skrzydła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby zasłaniać twarze?
      Podręczne cały czas kojarzyły mi się z Arabkami z państw o surowym kodeksie.

      Usuń
    2. No tak, żeby zasłaniać twarze i nie pozwalać za dużo się rozglądać (albo mi się uroiło, albo gdzieś jest przyrównanie tego do klapek na głowie konia), to jasne. Powinnam raczej zapytać: dlaczego akurat skrzydła? Skrzydła kojarzą się przecież raczej z aniołami, a Podręczne były istotami zdecydowanie podrzędnej kategorii.

      Usuń
    3. Ja miałem skojarzenie z zakonnymi habitami. Różne zakony mają, czy raczej miały, welony ze skrzydłami, szarytki na przykład: http://fototapeta.art.pl/2009/i/mns/szarytki.jpg U Atwood może chodzi o coś raczej a la augustianki: http://www.augustianki.pl/pliki_historia/stroj3.jpg Freda faktycznie przyrównuje te skrzydła do klapek u konia.

      Usuń
    4. A widziałeś Ty kiedyś czerwony habit???

      Usuń
    5. A co tu kolor ma do rzeczy? O krój chodzi. A propos: bardzo mi się podobał kod kolorystyczny dla kobiet i biblijna Marta jako eponim służących.

      Usuń
    6. Nie mam w tej chwili książki przy sobie, ale czy Ciotka Lydia nie głosiła kandydatkom na Podręczne, że mają szczególne posłannictwo? W tym wypadku przychyliłabym się do zdania ZWL, że ma się do kojarzyć ze strojem zakonnym. Wszystko razem wydaje się perfidnym sposobem utrzymania Podręcznych w ryzach, rodzajem prania mózgu - rzeczywiście skrzydła kojarzą się najczęściej z aniołami...

      Usuń
    7. Dlatego pisałem o habitach, bo dla mnie skojarzenie z zakonem było oczywiste, nie tylko przez wzgląd na ubiór, ale i rytuały, narzucanie wspólnoty, wpajanie poczucia misji czy powołania. Tyle że tu odbywało się to poprzez pranie mózgu.

      Usuń
    8. Dla mnie również strój podręcznych to wersja habitu, a sama "wspólnota" podręcznych to wersja zakonu, tyle że reguły zostały tu odwrócone - zamiast wymuszonej wstrzemięźliwości seksualnej, mamy wymuszoną aktywność. Skrzydła i myślę, że naturalne skojarzenie z aniołem, to też element gry. Podręczna to odwrócenie tradycyjnej wizji "anielskości" kobiet - niewinnych, czystych. Habit, skrzydła, czerwień - to ma niepokoić swoją symboliką, i rzeczywiście niepokoi. Podręczne to anioły, wyniesione ponad inne kobiety faktem, że nie straciły zdolności rodzenia dzieci, ale anioły upadłe, czy raczej napiętnowane tymże samym.

      Usuń
    9. Czerwień to krew, symbol zachowanych zdolności reprodukcyjnych, ale też kolor idealnie ułatwiający inwigilację - czerwono odziana podręczna widoczna na milę, nie zgubi się ani celowo, ani przypadkiem, zbyt jest cenna. Zupełnie nie widzę anielskich skojarzeń. A propos, jak są nazywane te "skrzydła" welonu w oryginale?

      Usuń
    10. W oryginale "wings" - ale nic to nie rozstrzyga, bo może odnosić się i do anioła i do nakrycia głowy kobiet, i ja sądzę że ta dwuznaczność jest zamierzona. Czerwień oprócz tego, o czym piszesz, to również kolor ulicznic i prostytutek. Anioł = piękno, niewinność, opiekunka ogniska domowego, dobro, świętość = wyidealizowana wizja kobiet. Do tego czerwień, i wszystko zostaje odwrócone. Podręczna staje się takim seksualnym aniołem, klasycznym obrazem dychotomii kobiety jako anioła i dziwki - perwersyjnym połączeniem obojga. Z kolei Żony, w tych swoich pastelowych niebieskościach, to oczywiście wcielenia Maryi Panny, niepokalanie poczęte, niezbrukane. Czyste, ale jednocześnie bezpłodne.

      Usuń
    11. W tym wypadku twórcom kodu kolorystycznego skojarzenie czerwieni z prostytucją do głowy przyjść nie powinno, w każdym razie nie świadomie. Podręczna seksualnym aniołem? Przecież ona nie ma służyć rozkoszy, ma być inkubatorem i tyle. Nawet z dziwki nic nie może mieć, rytualny akt zapładniania jest całkowicie mechaniczny, żadne tam pokusy i uwodzenia. Natomiast symbolika niebieskiego bardzo mi się podoba.

      Usuń
    12. Niby nie powinna a przychodzi. Żony często nazywają Podręczne "sluts", Freda jest świadoma, że jej widok wzbudza pożądanie żołnierzy w punktach kontrolnych, Komendantowi przychodzi do głowy, by to Fredę przebrać w cekinowy strój i zabrać na "seksualne przyjęcie", a nie Serenę, czy Martę. To nie jest część oficjalnego systemu, to podświadomość, fantazja erotyczna, której pomimo starań nie dało się wyeliminować ze sfery prywatnej, choć w publicznej jest zakazana. Myślisz, że nadinterpretuję?

      Usuń
    13. Myślę, że trochę tak:) To, że Freda zauważa pożądanie żołnierzy na swój widok, to efekt tego, że nie zapomniała poprzedniego życia, że wie, jak działają mechanizmy pożądania, szczególnie w świecie, w którym nie można go zaspokoić. Zwróć uwagę, że Podręczne nie przechodzą żadnego szkolenia z technik seksualnych czy czegoś podobnego, raczej każe im się "zamknąć oczy i myśleć o Anglii". Zabranie Fredy do Jezebel to też raczej wynik "oswojenia się" Komendanta z Fredą, jakiegoś zaufania, próba wprowadzenia rozluźnienia w ich stosunkach - może w nadziei, że w tych nietypowych warunkach seks wreszcie skończy się ciążą? Chociaż pewnie jakiś grzeszny dreszczyk Komendant odczuwał - substytut afrodyzjaku?

      Usuń
    14. Doprecyzowując: samo bycie Podręczną nie zwiększało jej świadomości seksualnej, bo nie o seks w jej funkcji chodziło, tylko o prokreację.

      Usuń
    15. Ja też sądzę, że skrzydła były częścią kwefu, choć autorka ilustracji na okładce w serii KIK zrozumiała je bardzo dosłownie. :)

      Usuń
    16. Mnie wciąż strój Podręcznych kojarzy się z czadorem itp. Kobiety niby mogą wychodzić z domu, ale tylko w towarzystwie innej kobiety. W domu (oprócz Komendanta) też stykają się tylko z kobietami. O wartości kobiety decyduje jej płodność. Dla mnie to odwzorcowanie praktyk w niektórych państwach arabskich, nie w zakonie.
      Czerwony wg mnie symbolizuje krew, a pośrednio płodność.

      Usuń
    17. Można tę czerwień odczytać też jako przewrotną ironię - pierwsze skojarzenie to miłość, a to, co robiły Podręczne, akurat z tym uczuciem kompletnie nic nie miało wspólnego.
      Zacofany w lekturze wspomina też o inwigilacji - w książce jest wzmianka o strojach jeńców niemieckich w Kanadzie, które właśnie były czerwone, żeby utrudnić ucieczkę.
      Błękit Żon też podszyty jest sarkazmem - kojarzy się z dostojną niewinnością, prostolinijnością i budzącą zaufanie prawością, co brzmi w ich kontekście jak żart.

      Usuń
    18. Błękit żon kojarzy mi się z szatą Matki Boskiej.;(

      Usuń
  15. 5. Spokojnie książka mogłaby się obyć bez ostatniego rozdziału, mnie by satysfakcjonowało takie zawieszone zakończenie. Cała ta nieco satyrycznie przedstawiona konferencja naukowa mnie trochę drażni, jakby Atwood chciała powiedzieć: "napisałam taką wizję horror, ale sama ją wykpię".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że ostatni rozdział pogłębia wymowę tej książki o chichot historii. Mam wrażenie, że Atwood nie kpi ze swojej wizji tylko z tego, w co po latach zamieniają się ludzkie tragedie.

      Usuń
    2. Jeśli nawet, to do mnie to nie przemawia; wolałbym tę opowieść zawieszoną w bezczasowości, bez tego wszystkiego, czego dowiaduję się z ostatniego rozdziału. To rozbija i tak wystarczająco rozbity nastrój.

      Usuń
    3. Tak naprawdę nie dowiadujesz się prawie nic poza datą, która jest tylko kombinacją cyfr.

      Usuń
    4. @ Lirael

      Świetnie to ujęłaś - chichot historii. Plus poczucie humoru, o którym rozpisują się wydawcy na okładkach.;)

      Usuń
    5. Książka mnie zachwyciła, ale akurat zabawną bym jej nie nazwała. :)

      Usuń
    6. Zabawna nie była, choć czasem pobrzmiewał w niej sarkazm. Za sprawą ostatniego rozdziału odebrałam ją jako b. gorzką.

      Usuń
  16. 3. Wygląda mi na to, że Komendant jest trochę przerażony światem, który stworzył wraz z kolegami; narzucając nowy układ społeczny równocześnie zlikwidował sobie takie "drobiazgi" jak domowe ciepło, bliskość, czułość itp. Próbował to sobie jakoś odtworzyć z Podręczną, namiastkę normalnego związku w chorych warunkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podzielam Twoją opinię. Ale wydaje mi się też, że chwilami Komendant jest zadowolony z panujących porządków. Wysoka pozycja społeczna pozwala mu żyć tak, jak przed wprowadzeniem reżimu, wymaga to tylko nieco więcej zachodu. Braki rekompensuje poczucie władzy - która podręczna ośmieliłaby się mu odmówić? To mu daje poczucie, że może sobie podporządkować każdą kobietę.

      Usuń
    2. Trochę za mało o nim wiemy. Mnie się kojarzy dość klasycznie: mąż zołzy, który musi jakoś odpocząć od domowego piekiełka (czy może raczej lodowca w tym wypadku:P) i pracy. Trochę mi to myślenie zburzyła wizyta w domu publicznym.

      Usuń
    3. Mam podobne zdanie do Was, nie wydaje mi się żeby Komendantem powodowały jakieś wyższe uczucia, współczucie, czy nawet niechęć do systemu. On w tym systemie jest na tyle wysoko, by sobie móc pozwolić na pewne wyskoki. Traktuje ten system jako ogólnie dobry, po prostu należy do grupy, która może więcej. Ograniczono rolę kobiet, pozbawiono je wyboru, bo ich wybory wprawiały mężczyzn w zakłopotanie, sprawiały, że czuli się niepotrzebni. Stworzono więc nowy, w którym mogli znowu rządzić. Przy okazji zniknęła spontaniczność, radość z seksu, łóżkowe igraszki - Komendant próbuje sobie to wszystko przypomnieć, bo okazuje się że system nie zaspakaja jego potrzeb.

      Usuń
    4. Grendello, lepiej bym tego nie ujęła!:) "System nie zaspokaja jego potrzeb", i tylko tyle. A to, co myśli ta czy tamta Podręczna (jak się powiesi, przecież zaraz dostarczą następną), jest bez znaczenia. Ludzki pan.
      Mój sprzeciw natomiast budzi stwierdzenie ZWL o "domowym piekiełku", czy "lodowcu". Rzeczywiście, niedobra ta Serena; jak mogła tak źle traktować swojego męża, skoro była w tak komfortowej sytuacji!

      Usuń
    5. No chwila, ale Freda wprost parę razy pisze o piekle, jakie przy różnych okazjach Serena mężusiowi zgotowała. Wart Pac pałaca, ale łatwego charakteru żonusia nie miała (i dodam złośliwie - na własne życzenie:P).

      Usuń
    6. Zdaje się, że w książce umknął mi ten aspekt wątek Sereny - cóż ona takiego zrobiła, że twierdzisz iż miała to, co miała na własne życzenie?

      Usuń
    7. Jak to na własne życzenie? Na własne życzenie miałaby dziecko, gdyby była w stanie je urodzić. Sytuacja Żon była niewyobrażalnie upokarzająca przy pozorach blichtru i władzy.

      Usuń
    8. No właśnie, też widzę to tak jak Lirael. Dodatkowo, uważam że była to sytuacja bez wyjścia. Żony mogły bowiem albo znosić takie życie, będące niczym innym jak pasmem upokorzeń, albo się zbuntować i zawisnąć na Murze. Cud i miód, po prostu.

      Usuń
    9. Serena Joy była telewizyjną ewangelizatorką, która zapewne domagała się zniesienia prostytucji, rozwodów, aborcji i pornografii. No to jej znieśli, a ją samą zamknęli w domu jako Żonę.

      Usuń
    10. A skąd to "zapewne"? Występowała w telewizji i śpiewała miłe uchu piosenki w skąpym stroju - fakt, istnieją lepsze sposoby spędzania życia, ale nie doszukiwałabym się tu tak daleko idących podtekstów.
      Pamiętaj też, że spora część Żon znalazła się w takich a nie innych rolach tylko dlatego, że kiedyś tam zakochała się (albo i nie), wyszła za mąż i nie zdążyła się rozwieść. Faktycznie, spore przewinienie.

      Usuń
    11. Sytuacja wszystkich kobiet była upokarzająca, ale na przykładzie Sereny i matki Fredy widać, że poniekąd dążenia kobiet leżały u podstaw systemu. Serena i tak miała więcej szczęścia od matki Fredy.

      Usuń
    12. Cofam "zapewne":) Wydanie PIW, s. 42, charakterystyka Sereny, która wygłaszała w TV swoje płomienne mowy. "Serena Joy już nie wygłasza mów. Jest teraz nie-mową. Siedzi w domu, ale jej to chyba nie służy. Musi być wściekła, że wpadła we własne sidła". Czyli nie nadinterpretowałem i nie zmyśliłem.

      Usuń
    13. Dodam również, że o skąpym stroju mowy być nie może, skoro śpiewała religijne pieśni: "Czasem, jak nie mogłam niczego znaleźć, oglądałam >Godzinę z Ewangelią<, gdzie opowiadano historie biblijne dla dzieci i śpiewano pieśni. Jedną z kobiet nazywano Sereną Joy. Była pierwszym sopranem." (wydanie Znaku, s. 24). Czyli nie poddała się owczemu pędowi, rzeczywiście miała takie przekonania.

      Usuń
    14. Odniosłam wrażenie, że to była wczesna młodość Sereny Joy, której imiona brzmią wręcz komicznie w kontekście jej osoby i życia, w którym ani spokoju, ani radości nie było chyba wcale.

      Usuń
    15. Można więc stwierdzić, że dopadły ją grzechy młodości:P

      Usuń
    16. Najwyraźniej. :) Szkoda, że Atwood nie napisała nic o początkach jej znajomości z Komendantem.

      Usuń
    17. Sugerowałem, że to postać na oddzielną powieść:)

      Usuń
    18. "Opowieść Żony". :)

      Usuń
    19. I do kompletu przydałaby się jeszcze "Opowieść Komendanta". :)

      Usuń
    20. To są bardzo dobre pomysły. Opowieść żony byłaby na pewno b. ciekawa. Nie wydaje mi się, żeby przywileje łagodziły upokorzenie, jaką był brak dziecka i wszelkie procedury związane z podręczną.

      Usuń
    21. Pałałam sympatią do matki Fredy - feministki lat siedemdziesiątych, która walczyła by kobiety mogły mieć prawo wyboru (choćby do aborcji), sama jednak zdecydowała się mieć Fredę. Serena z lat młodości to przedstawicielka przeciwstawnego nurtu, opiewającego tradycyjną rolę kobiety w rodzinie. I tak się feministki z anty-feministkami kłóciły i spierały o wizję prawdziwej kobiecości i rolę kobiety w społeczeństwie, aż tu bach - ktoś przyszedł i świat urządził za nie. Gdzie dwie się biją, tam mężczyzna korzysta...

      Usuń
    22. Czyli może przytrafić się i nam podobna sytuacja. Zwłaszcza że konserwatystki często mają poparcie mężczyzn, a feministki - rzadko.

      Usuń
  17. 4. Moira ma wprowadzać zamieszanie, duch niepokory, urozmaicenie. Sama natomiast jest stereotypowa do bólu i mnie nie zaciekawiła, nie wzbudziła sympatii. Wolałbym się dowiedzieć czegoś więcej o Serenie Joy czy o Glenie, ich historie mogłyby być mniej banalne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moira pozostaje sobą, choć rzeczywiście jest dość jednostronna. Ona nie walczy o sprawę, ona walczy o siebie, znajduje sobie miejsce w ramach systemu. Tak jak i Freda, choć to inne miejsca. Też bym wolała dowiedzieć się więcej o Glenie. Serena Joy nie wydaje mi się zbyt interesująca.

      Usuń
    2. Dlaczego Serena nieinteresująca? Uderzyła mnie uwaga Fredy, że do Sereny dotarło, do czego wraz z koleżankami doprowadziła i wcale jej się to nie podobało. Zresztą postać Sereny wydaje mi się ciekawie nakreślona, chociaż zaledwie kilkoma pociągnięciami.

      Usuń
    3. Może i masz rację, dotarło i się nie podobało, ale w sumie do większości kobiet dotarło i się nie podobało. Serena nadal żyje jednak w tym systemie podporządkowując się mu, tak jak i Freda, różni je wprawdzie pozycja społeczna, ale czy to coś zmienia?

      Usuń
    4. Jest w tym jakaś przewrotność: Freda jest ofiarą systemu, a Serena jest ofiarą systemu, o który sama walczyła. Ukarana przez samą siebie. Jakże ona musiała sobie pluć w brodę - normalnie bohaterka na oddzielną książkę.

      Usuń
    5. W sumie racja. Ale mnie się w sumie podoba ta że tak powiem "nieokreśloność" postaci kobiecych, wyposażenie ich w pewien rys, ale brak pogłębienia portretu psychologicznego. Freda jest świetną narratorką właśnie dlatego, że nie jest do końca wiarygodna, narracja w pierwszej osobie z jej punktu widzenia, przez pryzmat jej osobistych sympatii i antypatii, wymusza na nas zastanowienie się nad innymi postaciami kobiecymi. Mam wrażenie, że z jednej strony Atwood chce, żebyśmy traktowali kobietę jako bohatera zbiorowego, a z drugiej samodzielnie dopowiedzieli sobie resztę tych historii.

      Usuń
    6. Ta nieokreśloność jest celowa, jak sądzę, ma pokazywać zglajchszaltowanie kobiet, sprowadzenie ich do stereotypowych ról, w których mają się stereotypowo zachowywać. Tym bardziej każdy rys indywidualny wypada interesująco, bo nawet Marty mają swoje indywidualności. Faktycznie, autorka chce, żebyśmy sobie te losy mogli dopowiadać, po części dlatego zirytowało mnie, że sama dopowiedziała losy Mojry na przykład.

      Usuń
  18. 1. Z przyjemnością przypomniałam sobie "Opowieść podręcznej" żeby w końcu do Was dołączyć :). Podobała mi się narracja, taka trochę porwana, oferująca spojrzenie na czasy przed Gileadem. Podobało mi się również to przyspieszenie akcji, o którym wspomniał ZWL - nadaje powieści dynamizmu. Podoba mi się również otwarte zakończenie. Mogłabym się obejść bez końcowego rozdziału, choć nieźle pokazuje, jak w studiowaniu naukowym historii umykają losy jednostki, jak niewiele tak naprawdę można dowiedzieć się ze źródłowych przekazów, jak dużo w tym gdybania i interpretacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem zaskoczona, że tyle osób chętnie darowałoby sobie ostatni rozdział.;)

      Usuń
  19. Pytanie 1.
    Przed chwilą skończyłam czytać "Opowieść podręcznej" i mam poważne wątpliwości, czy będę w stanie napisać na jej temat coś sensownego. Podobała mi się to za słabo powiedziane. Wytrąciła mnie z równowagi, śniła mi się dziś w nocy i wprowadziła w stan rozdygotania. Czytałam ją z wielkim napięciem, zupełnie nie mogłam się oderwać. Jak dobrze, że są mądre, pięknie napisane, wysmakowane książki, które czyta się jednym tchem. Miałam przyjemność przeczytać w życiu kilka i to właśnie jedna z nich.
    Najmocniejsze strony to według mnie niesamowite emocje, jakie ta książka wywołuje w czytelniku, a poza tym język. Zaznaczyłam sobie wiele fragmentów, które mnie po prostu zachwyciły. Ten śniadaniowy, który pojawił się wcześniej u Ani, poza tym mnóstwo innych, na przykład rzodkiewki jako "azteckie serca", czy cukrowa wata:
    "Czuję się jak cukrowca wata: cukier i powietrze. Wystarczyłoby mnie ścisnąć, żeby została ze mnie mała, lepka, różowoczerwona mdła kulka".
    Albo opis ogrodu Sereny:
    "A potem rozkwitły irysy — wznosiły się piękne i chłodne na swoich wysokich łodygach, jak dmuchane szkło, jak woda w pastelowych kolorach, zastygła nagle w rozprysku, jasnobłękitnym. bladofiołkowym; albo te ciemniejsze, aksamitne i fioletowe".
    (A propos irysy są również na akwareli w pokoju Fredy, więc ich obecność zapewne nieprzypadkowa).

    Bolesny brak słów. Najchętniej pomilczałabym o tej powieści, ale postaram się wydać jeszcze kilka artykułowanych dźwięków. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odnośnie cytatów, to dla mnie ta akurat książka jest pełna "złotych myśli". Jest w niej kilka prostych zdań, które dotyczą prostych i oczywistych rzeczy, o których zbyt często zdarza się nam zapominać.

      Usuń
    2. To prawda, kilka zdecydowanie warto zapamiętać.

      Usuń
    3. Warstwa językowa wywarła na mnie bardzo duże wrażenie. Atwood rzeczywiście pisze w taki sposób, że bardzo mocno oddziałuje na emocje. Słowo jest ważne i Atwood to podkreśla wiele razy. Zakaz czytania książek, gra w scrabble jako perwersyjna zakazana przyjemność. Słowo to nośnik informacji, ale i ideologii. A kobiety w Gileadzie są pozbawione słów.

      Usuń
    4. A, muszę jeszcze dodać, że próbując rozmawiać z Wami o tej książce, bezustannie mam wrażenie, że coś istotnego, co chcę powiedzieć, mi umyka...

      Usuń
    5. @ Lirael

      Serena sadziła też chyba czerwone tulipany.;)
      Masz rację co do języka. Atwood operuje prostym językiem, ale potrafi wiele wyrazić niebanalnymi skojarzeniami albo dzięki świetnej puencie - np. w opisie śniadania z jajkami, czy ostatnim rozdziale (Czy są jakieś pytania?). Symbolika też wiele oddaje, a pozornie jest taka nieskomplikowana. Plus zapożyczenia z Biblii.

      Usuń
    6. ~ Grendella
      Na mnie też! W dodatku nie miałam wrażenia, że tych słów jest za dużo. Atwood potrafi mówić o rzeczach ostatecznych bez patosu i wielkich słów.
      Dzięki grze w Scrabble Komendant uczłowiecza Fredę - tylko ludzie porozumiewają się słowami.
      Wydaje mi się, że to umykanie, o którym wspominasz, świadczy o tym, że mamy do czynienia z książką wyjątkową.

      ~ Ania
      To prawda. Prostota jej języka jest wręcz niesamowita, a jednocześnie jest tam mnóstwo zaskakujących skojarzeń i porównań. Mam wrażenie, że kwiaty i ogród też są symboliczne, oprócz irysów i tulipanów często wracają żonkile.

      Usuń
    7. Sugerujesz, że ogród powinien kojarzyć się z rajem?;)

      Usuń
  20. 7. Seksualność i władza.
    Fascynuje mnie w tej powieści temat kontrolowania seksualności (kobiecej głównie, ale nie tylko) jako źródła władzy, bo na tej właśnie kontroli jest przecież oparty cały system. Egzekucja gejów i lesbijek, niszczenie pornografii, delegalizacja małżeństw zawartych po rozwodach, sprowadzenie roli kobiet do funkcji reprodukcyjnych - w imię moralności - daje władzę, pozwala kontrolować zachowania, zapewnia sztywne ramy. Oddzielenie seksu od miłości, sfery przyjemności seksualnej od samego aktu daje tu władzę, ale paradoksalnie staje się również przyczyną upadku systemu. Bo Freda, dziewczyna, która wcale nie jest typem wojowniczki, raczej taką, która dostosuje się by przetrwać, zaryzykuje wiele, by spróbować odnaleźć seks i uczucie w jednym (Nick).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, że to wszystko daje władzę i kontrolę, ale nie zapominajmy, że jest to też rozpaczliwa próba odwrócenia tendencji demograficznych, rozmnożenia ludzkości, coś jak zakaz stosowania antykoncepcji i przeprowadzania aborcji w Rumunii Ceausescu.

      Usuń
    2. A czy myślisz, że komuś w tym świecie naprawdę zależy na tendencjach demograficznych? Dla mnie to jest tylko znakomita przykrywka dla prawdziwych dążeń i pragnień decydentów, które postrzegam tak samo jak Grendella. Przecież do tej pory się tym gra, wykorzystując to, że to nie mężczyźni a kobiety - czy chcą tego, czy nie - rodzą dzieci. To patriarchalizm w jego najczystszej postaci, istniejący nadal tu i teraz, 20 kilometrów ode mnie i od Was. Perspektywa dużego miasta i w miarę ustabilizowanej sytuacji finansowej dość mocno zaburza nasze postrzeganie świata.

      Usuń
    3. A kim będą rządzić, jeśli nie będzie dzieci? Pół wieku i po Gileadzie. Ja bym jednak obstawiał większą złożoność niż tylko patriarchalny ucisk.

      Usuń
    4. To jest złożone. Z jednej strony próba "rozmnożenia ludzkości", ale jak można ją rozmnażać na siłę? Jeśli ludzkość miałaby tak wyglądać, to niech by lepiej wyginęła. Z drugiej, odpowiedzialnością za niż demograficzny zostały obarczone tylko i wyłącznie kobiety (przed-gileadzka aborcja, antykoncepcja, itp.) Samo sugerowanie, że mężczyzna w Gileadzie może być bezpłodny jest niezgodne z prawem. Z trzeciej, kobiety, o ironio, są zredukowane "dla ich własnego dobra" - nie muszą już łączyć funkcji żon, kobiet, matek, sprzątaczek i kochanek - w rezultacie powstaje piekiełko: sfera polityczna bez kobiet i sfera domowa bez mężczyzn.

      Usuń
    5. Myśl o tym, że może lepiej żeby to wszystko szlag trafił, też mi się nasunęła. Kto wie czy właśnie nie zmierzamy do tego prostą drogą? Wielki wybuch i od razu jaki spokój we Wszechświecie:)
      A wracając do książki - jakoś nie było mowy o tym, aby we władzach Gileadu były jakieś kobiety. One raczej wpasowywały się w narzucone im role, choć niektóre z nadmiernym zaangażowaniem (ciotki). To jednak normalne, że wszędzie są jacyś dewianci/dewiantki.

      Usuń
  21. Pytanie 2.
    Zmienił na pewno, podobnie jak zmieniało życie w hitlerowskich Niemczech czy państwach komunistycznych. Bardzo trafnie diagnozuje sytuację Ciotka Lydia: "Gilead jest w was". Totalitaryzm nie tylko dokonuje spustoszeń w świecie zewnętrznym, ale robi coś gorszego: wkrada się do wnętrza człowieka.
    Przede wszystkim Freda stara się nie myśleć: "Myślenie może zmniejszyć moje szanse, a ja chcę przetrwać". Jej życie jest pasmem kompromisów. Poza tym odmawia udziału w ruchu oporu, co według mnie nie wynika z jej tchórzostwa, tylko realistycznej diagnozy własnego charakteru: jest pewna, że gdyby przy niej torturowano córkę lub Łukasza, wyzna wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Gilead jest w was" to kolejny przykład na świetne wyczucie języka u Atwood. Lakonicznie, ale celnie.
      Po takich przeżyciach Gilead zostaje na zawsze w każdym z jego uczestników.
      Zgadzam się, Freda stroni od konspiracji nie z tchórzostwa, ale z pragmatyzmu.

      Usuń
  22. Pytanie 3.
    Dla mnie szokujące były informacje o Komendancie, które pojawiają się w komentarzu historyka na końcu książki - wynika z niego, że był bardzo ważną osobą, przebiegłym strategiem, autorem wielu pomysłów, na których opierał się Gilead (bez względu na to, która z dwóch postaci byłaby pierwowzorem), tymczasem z opowieści Fredy wyłania się obraz dość żałosnej, samotnej, zakompleksionej osoby, w dodatku tchórza (scena, w której służba bezpieczeństwa zabiera Fredę, a on prawie bezczynnie to obserwuje, mówi o tym dobitnie). Co zresztą w przypadku zbrodniarzy wojennych zdarzało się chyba dość często.
    Kontakt z podręczną był chyba rodzajem terapii. Komendant czuł się dowartościowany, a nielegalne przyjemności dodawały pikanterii jego ustabilizowanemu życiu. Plus brak zrozumienia ze strony antypatycznej Sereny. Było to z jego strony bardzo egoistyczne - pamiętał przecież, co się stało z poprzednią podręczną. Być może uważał też, że ocieplenie relacji z Fredą pozwoli mu lepiej wywiązać się z reprodukcyjnej misji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że podobnie odebrałyśmy Komendanta. Pożałowania godny typek.
      Tak, spotkania z Fredą mogły być formą terapii, wg mnie podchodził do nich egoistycznie.

      Usuń
  23. Pytanie 4.
    Ale Moira też należy do hierarchii - po ucieczce jako jedna z niekobiet pracuje "U Jezebel". W czasie jej opowieści w toalecie odniosłam wrażenie, że zaczyna dostrzegać plusy tej sytuacji. To smutny obraz buntowniczki, która w końcu chyba wybrała kompromis.
    Moira jest przeciwieństwem Fredy, osobą zdecydowanie bardziej aktywną, ale ma znacznie mniej do stracenia, choć bardzo przeżywa niebezpieczeństwo, na jakie narazili się obcy ludzie, którzy pomagali jej w ucieczce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moira przemieszcza się w hierarchii Gileadu - w dół.
      Rzeczywiście jest przeciwieństwem Fredy i dzięki temu stanowi wsparcie dla przyjaciółki. Fredzie b. jej brakuje, mam wrażenie, że zniknięcie Moiry było dla niej ciosem.

      Usuń
  24. Nie wiem, gdzie to wpisać, więc piszę jako luźną uwagę. Być może dlatego, że czytałam tę książkę akurat teraz, kiedy nakłada mi się ona na jakieś tam osobiste przeżycia, jest ona dla mnie przerażającym studium bierności. Sposób w jaki Atwood opisała to, jak doszło do obalenia starego porządku i powstania Gileadu jest dla mnie swego rodzaju memento. Zdarzają się chwile, kiedy trzeba zacząć krzyczeć, kiedy wszyscy powinni zacząć krzyczeć, gdyż jeśli krzyczących będzie za mało, staną się rzeczy nieodwracalne. Niestety, widzę olbrzymie analogie do tu i teraz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to jest jeden z najbardziej przerażających momentów powieści. i faktycznie analogie widać, niestety:(

      Usuń
    2. Mnie zastanowiła łatwość, z jaką udało się Moirze uciec. Wystarczyło naprawdę niewiele, a nikt nie był w stanie wykrzesać z siebie odrobiny odwagi.

      Usuń
    3. Przecież Moira nie uciekła! A opowieść o jej próbie ucieczki pokazuje, że nawet zaangażowanie tak wielu osób wzięło w łeb, bo znalazł się ktoś, kto doniósł. W tym miejscu miałam silne skojarzenia z wszystkimi opowieściami z czasu wojny na temat ukrywania Żydów i szmalcowników.

      Usuń
    4. Jak to nie uciekła? A kto sterroryzował Ciotkę Elizabeth ostrym narzędziem, związał ją, zakneblował, umieścił za piecem i przebrał się w jej strój, po czym oddalił się w kierunku nieznanym? Jako żywo Moira. Zrobiła to sama, więc większa grupa bez problemu mogłaby opanować cały ośrodek szkoleniowy. Kobiety były tak apatyczne i zrezygnowane, że nikomu poza Moirą się nie chciało stawić oporu. A jak Moira zobaczyła konsekwencje, jakie ponoszą obcy ludzie, sama popadła w rodzaj apatii.
      Może Podręczne nie były pilnowane szczególnie pilnie, bo Ciotki i tak wiedziały, że prędzej czy później uciekinierki zostaną schwytane przy pomocy usłużnych donosicieli.

      Usuń
    5. Ale przecież nie chodziło tylko o ucieczkę z ośrodka, to był dopiero pierwszy etap, który niczego nie załatwił. Ucieczka w rozumieniu ucieczki z Gileadu zdecydowanie się nie powiodła.

      Usuń
    6. Na pewno pokazał pozostałym Podręcznym, że systemowi można się sprzeciwić. To był mały krok, który akurat Moirę powiódł do domu publicznego, ale następne uciekinierki mogły mieć więcej szczęścia.

      Usuń
    7. Otóż to, Moira miała odwagę nie poddać się. Fakt, była skazana na porażkę, ale próbowała.
      Obraz jest przygnębiający, niemniej jak widać, zawsze znajdą się wywrotowcy, którzy będą próbować przeciwdziałać podobnym systemom. I to też jest piękne w człowieku.;) Jest to zazwyczaj mniejszość, ale to budujące. Z doświadczenia wiem, że "wychylając" się nawet w drobnej sprawie nie można liczyć na głośne poparcie innych. A przecież nie grozi za to zsyłka do Kolonii.;(


      Usuń
  25. Bohaterki zdecydowanie zdominowały dyskusję, a ja chciałam zapytać Was o postać męską, która wydaje mi się zagadkowa i bardzo, bardzo ciekawa. Jakie wrażenie zrobił na Was Nick?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nick zagadkowy i ciekawy? Nieszczególnie. Owszem, tajemnicze związki z ruchem oporu ma, ale właściwie nie wydaje się to bardzo dziwne.

      Usuń
    2. Według mnie jest bardzo intrygujący, nurtują mnie jego prawdziwe intencje.

      Usuń
    3. Jako postać literacka mnie nie zaintrygował, choć jak nad tym pomyśleć, był co najmniej dwuznaczny. Chyba mamy jednak za mało danych, aby spekulować; tym bardziej że nie wiadomo co naprawdę wydarzyło się z Fredą i czy jej zorganizowana przez Nicka ucieczka faktycznie była ucieczką.

      Usuń
    4. Szept Nicka "Mayday"pozwala mi mocno wierzyć, że to jednak była ucieczka.

      Usuń
    5. Pamiętaj, że Nick był też Okiem, a tacy wiedzą wszystko i są do wszystkiego gotowi. Chyba, że są Wallenrodami:)

      Usuń
    6. Mam nadzieję, że to Oko miało serce. :)

      Usuń
    7. Łączę się z Twoją nadzieją całą duszą! W końcu jakoś ten Gilead musiał upaść; może właśnie dzięki takim Nickom?

      Usuń
    8. Hm, dla mnie Nick to taki agent działający na dwa fronty. Jednym pomoże, drugim nie zaszkodzi, a swoją działkę zgarnie.

      Usuń