Zbigniew Herbert
Mój ojciec bardzo lubił France’a
i palił Przedni Macedoński
w niebieskich chmurach aromatu
smakował uśmiech w wargach wąskich
gdy pochylony siedział z książką
mówiłem: ojciec jest Sindbadem
i jest mu z nami czasem gorzko
przeto odjeżdżał Na dywanie
na czterech wiatrach Po atlasach
biegliśmy za nim zatroskani
a on się gubił W końcu wracał
zdejmował zapach kładł pantofle
znów chrobot kluczy po kieszeniach
i dni jak krople ciężkie krople
i czas przemija lecz nie zmienia
na święta raz firanki zdjęto
przez szybę wyszedł i nie wrócił
nie wiem czy oczy przymknął z żalu
czy głowy ku nam nie odwrócił
raz w zagranicznych ilustracjach
widziałem jego fotografię
gubernatorem jest na wyspie
gdzie palmy są i liberalizm
sobota, 23 czerwca 2018
poniedziałek, 18 czerwca 2018
Widziano, słyszano
To mógłby być dowolny zbiornik, niekoniecznie trzynasty. Nie odegra on w powieści Jona McGregora większej roli, choć tytuł zdaje się tak sugerować. Co więcej, trudno pozbyć się odczucia, że trzynastka jest tu kluczem, skoro Rebecca Shaw w chwili zaginięcia miała 13 lat i przez tyle kolejnych lat obserwujemy następstwa tego zdarzenia, wszystko skrupulatnie opisane nomen omen w trzynastu rozdziałach. Żeby było ciekawiej, w okolicy znajduje się trzynaście zbiorników, które idealnie nadają się na miejsce zbrodni lub nieszczęśliwego wypadku.
Szybko okazuje się, że autor nie poszedł utartym „kryminalnym” szlakiem, a jedynie wykorzystał ograną konwencję literacką i przy okazji zabawił się oczekiwaniami czytelnika. Fabuła koncentruje się bowiem na życiu miasteczka i gdzieś w połowie lektury staje się jasne, że nastolatka prawdopodobnie się nie odnajdzie i że nie o rozwiązanie zagadki jej zniknięcia tu chodzi. Gdy już pogodzimy sie z tą myślą i kolejne meldunki o życiu mieszkańców będziemy śledzić z rozpędu, między jedną a drugą beznamiętną relacją trafiamy nagle na coś, co może być nowym tropem w poszukiwaniach. Pełni nadziei rzucamy się na te łakome kąski, bo przecież gałgan wygrzebany przez psa w lesie mógł być kiedyś bluzą zaginionej dziewczynki, dzieciaki półgębkiem wspominające spotkania z Becky niewątpliwie mają coś na sumieniu, a już pornografia dziecięca znaleziona w komputerze pracownika szkoły będzie na pewno przełomem w śledztwie. Nic z tego.
Pomysł na Zbiornik 13 jest równie nieszablonowy co jego realizacja. Krótkie, ściśle informacyjne zdania stłoczone w długich akapitach przypominają ciąg niemych scen z filmu dokumentalnego. Wszechobecny narrator rejestruje wydarzenia z cierpliwością i obojętnością kamery, z każdym rozdziałem coraz wyraźniej uwypuklając cykliczność rządzącą światem ożywionym i nieożywionym. Nawet jeśli nic arcyważnego się nie dzieje, zmiany zachodzą. Pozostaje uznać, że głównym bohaterem tej wysmakowanej powieści jest po prostu czas.
P.S. Nurtuje mnie, dlaczego w polskim przekładzie na str. 63 pojawia się Isobel Broad i Wiktor Muchlowski, skoro w oryginale takie postaci w ogóle nie występują.
___________________________________________________________________
Jon McGregor, Zbiornik 13, tłum. Jolanta Kozak, Czytelnik, Warszawa 2018
wtorek, 12 czerwca 2018
Fini
Gdyby nie Kot Jeleński, o Leonor Fini (1907-1996) raczej długo bym nie usłyszała. W 2011 r. w stołecznym Muzeum Literatury zorganizowano wystawę poświęconą tej jakże osobliwej parze, którą przez 35 łączył bliski związek. W rzeczywistości razem z włoskim malarzem Stanislao Lepri tworzyli artystyczno-uczuciowy trójkąt, jakich mało. Ale też trzeba powiedzieć, że sama Fini była postacią niepospolitą.
Przede wszystkim była malarką – autorka odrealnionych, niepokojących obrazów (do obejrzenia TU), z uporem broniąca się przed mianem surrealistki. Poza tym osoba, która lubowała się w prowokacjach i przebierankach – zakładanie kostiumów własnego pomysłu traktowała jako akt twórczy. Wykazywała szczególną słabość do motywów zwierzęcych – piór, ogonów, zębów, rogów, stąd tyle dziwnych masek i kreacji na jej fotografiach. Przepadała za kotami, stąd przydomek Gattora (od hiszpańskiego gato).
Fini dość szybko stała się częścią paryskiej bohemy: Dior pomógł zorganizować wystawę jej płócien, Cartier Bresson chętnie fotografował ją nagą, z Dalim i jego żoną Galą spędzała wakacje. Przede wszystkim jednak tworzyła i to z powodzeniem. Często portretowała znajomych i celebrytów, dla Schiapparelli wymyśliła stosowany do dziś flakon perfum Shocking, niejednokrotnie projektowała też dekoracje teatralne. Jakby tego było mało, podejmowała także próby literackie – w ciągu jednego roku napisała trzy powieści.
Żywiołowa, świadoma swojej indywidualności i twardo krocząca własną drogą – tak można w dużym skrócie scharakteryzować Eleonorę Fini. Była osobowością, jak dla mnie artystką totalną i myślę, że dzisiaj bez trudu odnalazłaby się w zwariowanym świecie show biznesu. Dorota Hartwich bardzo przystępnie pokazała swoją bohaterkę, idąc raczej w stronę reportażu biograficznego niż biografii, ale to nie przeszkadza w poznawaniu Kocicy.
_________________________________________________________________________
Dorota Hartwich, Gattora. Życie Leonor Fini, Wydawnicwo Iskry, Warszawa 2018
środa, 6 czerwca 2018
Pusta woda
"Pusta woda” była rodzinnym rytuałem wymyślonym przez matkę Krystyny Żywulskiej. Na przekór nędzy panującej w getcie kobieta uporczywie podtrzymywała pozory normalnego życia i codziennie w porze obiadowej stawiała na stole gorącą wazę. Na ogół był w niej tylko wrzątek, z rzadka trafiał się ziemniak lub inna zdobycz nadająca się do zjedzenia. Do „obiadu” zasiadali rodzice z córkami, jak przed wojną.
Poczucie normalności szybko znikało jednak w zderzeniu ze światem zewnętrznym – wystarczyło porozmawiać z sąsiadami, podsłuchać bawiących się dzieci, wyjść na ulicę pełną żebraków i trupów. Albo przejrzeć się w lustrze i uczciwie ocenić wygląd wyniszczonego głodem ciała. Prawdziwa normalność była po aryjskiej stronie, dostrzegalna nawet z kładki oddzielającej duże getto od małego: W dole nic się nadzwyczajnego nie dzieje. I to jest właśnie nadzwyczajne [s. 27].
Stary porządek definitywnie przestał istnieć, dawne zasady straciły rację bytu. Dlatego odkryty w marynarce ojca list od kochanki był jedynie luksusowym konfliktem, tak samo abstrakcyjnym jak rozpoczynająca się właśnie wiosna. Nieważne, co znajdowało się w marynarce, sprawczyni dramatu już zresztą nie żyła – ważna była sama marynarka, wymienialna na porcję chleba czyli kilka dodatkowych dni istnienia. Przynajmniej takie pokładano nadzieje, dla ludzi z żółtą gwiazdą na rękawie gwarancji nie było żadnych.
W Pustej wodzie śledzimy wojenne peregrynacje Żywulskiej od getta, przez niepewne życie po aryjskiej stronie, działalność konspiracyjną aż po pobyt na Pawiaku. Autorka pisze prosto i bardzo plastycznie, te historie wprost się chłonie. Na odbiór wpływa również świadomość, że zdarzyły się naprawdę i ponoć nie zostały ubarwione. Nie było zresztą takiej potrzeby, bo lektura dostarcza wystarczająco dużo emocji.
____________________________
Krystyna Żywulska Pusta woda
Instytut Wydawniczy Latarnik
& tChu, doM Wydawniczy, Michałów
– Grabina 2008
piątek, 1 czerwca 2018
Kroniki
Stasiuk nie zaskakuje. Od jakiegoś czasu można z góry założyć, że w nowej książce znów pojawią się kawałki o pięknych krajobrazach i niepięknej architekturze, o podróżach po okolicy i za wschodnią granicę, może jeszcze coś o polityce i owcach. W Kronikach beskidzkich i światowych to wszystko jest, niespodzianek zresztą być nie mogło m.in. ze względu na gatunek literacki (tom zawiera felietony drukowane w latach 2013-2017 w Tygodniku Powszechnym).
Autorowi trzeba oddać sprawiedliwość – nawet gdy po raz kolejny pisze o poranku na wsi, przemijaniu albo nowoczesnych technologiach, potrafi pisać po prostu pięknie. Kiedy przebąkuje o braku pomysłu na tekst i daje się wyraźnie odczuć, że nie jest to jedynie kokieteria, nadal pisze zajmująco. A jeśli czytać ten zbiór w małych dawkach, wrażeń będzie sporo. Na przykład tekst o mężczyźnie jeżdżącym ze starą, schorowaną matką do Ikei, żeby się ogrzać w kolorowym wnętrzu, mocno porusza, historia o psie znalezionym w lesie tchnie optymizmem, z kolei fantazja na temat artystów piszących list do władz rozśmiesza do łez.
Co ujmuje mnie od dawna u Stasiuka, to jego autentyczna empatia i zrozumienie ludzkich słabości. Dostrzegam to w jego pisaniu o słuchaczach toruńskiego radia, o upodobaniu rodaków do wszelkiej maści chińskich towarów czy o powszechnym pędzie do nieśmiertelności. Nie znajduję tu ani krzty poczucia wyższości lub drwiny, a przecież łatwo byłoby szydzić. Pisarz chyba już złagodniał (albo pisze w wersji light z szacunku dla Tygodnika), bo nawet ustosunkowując się do kontrowersyjnych poczynań polityków i księży, pozwala sobie na mocno zawoalowany sarkazm. Żadnego potępiania w czambuł, żadnego grzmienia.
Zbiór jest niezły, choć nie zawadziłoby dokonać staranniejszego, bardziej urozmaiconego wyboru tekstów, bo chwilami powtórzeń jest za dużo. Zabrakło też dat, a jak się okazuje, czasami mają znaczenie dla lepszej orientacji w chronologii wydarzeń. Mimo tych zastrzeżeń Kroniki… warte są lektury – ot, żeby sprawdzić, jak Stasiuk opisuje rzeczy trudne do nazwania albo przeciwnie, banalne, i nadaje im blasku.
_______________________________________________________________________
Andrzej Stasiuk Kroniki beskidzkie i światowe, Wyd. Czarne, Wołowiec 2018
Subskrybuj:
Posty (Atom)



