środa, 24 grudnia 2025

Tymczasem gdzieś w Pradze

Na barze stoi mała choinka, która nie pochodzi ani z Karkonoszy, ani z Wysokiego Jesionika, z cała pewnością nie z Czeskiego Raju, tylko z Azji. Poza tym nic w lokalu nie wskazuje na to, że mamy Boże Narodzenie. Ludzie w Kotwicy siedzą tu tak samo, jak każdego innego dnia. Z szafy grającej dobiega heavy metal.

 – Nie wiem, dlaczego w dzisiejszych czasach ludzie nie pilnują wartościowych rzeczy. A potem się dziwią się, że wiecznie coś ginie. Nie mam pojęcia, dlaczego ludzie są tak głupi. A jak smakował wigilijny karpik?

 – Nie jem karpia – odpowiada Kafka.

 – Ja też nie. Jest dla mnie za tłusty. Jem tylko kiełbaski z rusztu. Znaleźliście już jakiś ładny prezent pod choinką?

 – Wciąż czekamy na Dzieciątko – mówię.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

O świętach w dobie cenzury

W książce Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL Monika Milewska pokazuje m.in. jak w latach 60. ubiegłego wieku, a więc w okresie złych relacji między władzami państwa a Kościołem, zwalczano wszelkie przejawy religijności w oficjalnych przekazach, w tym w prasie:

Komunistyczne władze starały się zatrzeć religijne konotacje nawet w samym nazewnictwie świąt. W prasie i książkach kucharskich jeszcze w latach 60. Boże Narodzenie najchętniej nazywano „świętami zimowymi”. Na wiosnę Polacy obchodzili oczywiście „święta wiosenne”, bo nazwy „Wielkanoc” władze obawiały się jak diabeł święconej wody. Często więc tylko jadłospis na dany dzień wskazywał, z jakim świętem mamy do czynienia. Cenzurę jednak dawało się sprytnie obejść i „świąteczny” numer pisma można było stworzyć, posiłkując się wyłącznie kulinariami.

Taki chwyt zastosowała redakcja miesięcznika „Ty i Ja” w grudniu 1967 roku, a więc w okresie, w którym relacje państwo – Kościół nie układały się najlepiej z powodu trwającego wciąż konfliktu o Millennium Polski. Miesięcznik, aby podzielić się z czytelnikami świąteczną atmosferą, uciekł się do kilku podstępów. Na stronie redakcyjnej opublikował – bez żadnego komentarza – stylizowane na ludową sztukę meksykańską wycinanki, z których można było stworzyć oryginalną, latynoską szopkę. Rozbudowany dział kulinarny natomiast, prowadzony przez Marię Lemnis i Henryka Vitry (czyli – w jednej osobie – Tadeusza Żakieja), składał się w tym numerze z przepisu na barszcz kiszony z cebulą, „ponieważ ani wigilia, ani święcone nie byłyby kompletne bez tej staropolskiej zupy”. Obok figurowały dwie zagraniczne receptury: na włoską grzybowo-rybną zupę burridę i norweskiego łososia z wody, które miały „dyskretnie urozmaicić” świąteczny stół ciekawych nowinek czytelników miesięcznika, nie naruszając zarazem wymogów „polskiej kuchni wigilijnej, łączącej zasadę «postu» z narodowym zamiłowaniem do dobrego i obfitego jadła”. Zauważmy, że słowo „post” autor (a może cenzor?) wziął w ostrożny cudzysłów. Choć może cudzysłów ten nie miał w sobie nic z politycznej ostrożności, a był tylko ironicznym komentarzem do tradycyjnego katolickiego postu, który w wielu wypadkach skutkował wzywaniem karetek pogotowia do pękających od świątecznego jadła brzuchów obywateli PRL-u. Clou numeru był prawie trzystronicowy artykuł zatytułowany Świąteczne wariacje piernikowe, zawierający nie tylko kilka przepisów na staropolskie pierniki, ale i świąteczne życzenia dla czytelników i czytelniczek, które być może jedynie w tej formie dało się przemycić.

Monika Milewska, Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL,  PIW, Warszawa 2021

 

czwartek, 4 grudnia 2025

Opowieści z Wilżyńskiej Doliny

Opowieści z Wilżyńskiej Doliny sprawiły mi ostatnio sporo frajdy, przede wszystkim za sprawą Macieja Kowalika, który okazał się znakomitym lektorem audiobooka. Czyta do tego stopnia rewelacyjnie, że samodzielna lektura nie smakuje już tak dobrze. Kowalik umiejętnie oddaje głosy wszystkich postaci, ale w przypadku w przypadku głównej bohaterki osiągnął mistrzostwo. Nie ma wątpliwości, że wiekowa Jagódka potrafi być prawdziwą zołzą, choć to zaledwie jedna strona jej przewrotnego charakteru.

środa, 19 listopada 2025

Kolacja à la Graeme Macrae Burnet

Oczywiście przegapiłam kolację, którą w naszym domu serwuje się o szóstej. Pani Llewelyn bez słowa postawiła przede mną talerz, a potem stała oparta tyłkiem o komodę i patrzyła, jak jem. Nie zadała sobie trudu odgrzania zupy. Starała się mnie sprowokować, ale wygarnęłam wszystko teraz, do ostatniej kropli. Odczekała jeszcze chwilę, potem zabrała pusty talerz, a za moment wróciła z drugim daniem: pieczenią wieprzową, która nie wystygła, bo czekała na mnie w piecu. Trzy różyczki brokułu — warzywa, którego nie trzeba mi dodatkowo obrzydzać — miały odcień szpitalnej lamperii. Ścięty sos przypominał zaschniętą krew na prześcieradle. Na szczęście pani Llewelyn tym razem nie stała nade mną. Przeżułam kilka kęsów pieczeni, a resztę schowałam do torebki. Zamierzałam to później spuścić w ubikacji. Kiedy pani Llewelyn wróciła, nie mogła ukryć zdziwienia, że uporałam się z tak nieapetycznym daniem. Odniosłam zwycięstwo. Nagrodą była miseczka blamanżu z mandarynkami z puszki. Blamanż to moje ulubione danie. Nie trzeba go przeżuwać. Biorę porcyjkę na język i trzymam ją tam przez chwilę, po czym zsuwam do gardła, wyobrażając sobie, że to mały okręt,  który wypływa z bezpiecznej przystani na otwarte morze. Cząstki mandarynki pozostawiłam nietknięte, bo ich kształt i faktura miały w sobie coś obrzydliwego.

Graeme Macrae Burnet, Studium przypadku; przełożył Łukasz Witczak, Wyd. Czarne 2025, s. 60

czwartek, 13 listopada 2025

Studium przypadku

Studium przypadku to powieść znakomicie udająca literaturę faktu. Pamiętnik młodej kobiety oraz biografia niesławnego brytyjskiego psychoterapeuty podparte przedmową sugerują, że mamy do czynienia z prawdziwą historią. Nic bardziej mylnego. Zapiski głównej bohaterki, która udaje pacjentkę, wcielając się w tym celu w wykreowaną przez siebie Rebekę, w połączeniu z biografią fikcyjnego psychiatry, który nawet nie był psychiatrą, dają fantastyczne (sic) spiętrzenie fikcji udającej prawdę. Co więcej, wszystko jest świetnie osadzone w epoce (lata 60-te ubiegłego stulecia), cytuje się autentycznych naukowców i autentyczne publikacje, a sugestie Burneta, że wynurzenia kobiety nie są do końca wiarygodne, tym bardziej uwiarygodniają jego samego.