czwartek, 29 lipca 2010

Klucz do ogrodu - Jenny Erpenbeck


Niedaleko Berlina było sobie jezioro, a nad nim dom z ogrodem. Posesja zmieniała właścicieli i swój wygląd, jedynie ogrodnik pozostawał ten sam. Pięknie tu było i spokojnie. Lata mijały, historia przetaczała się przez okolicę odciskając większe piętno na ludziach niż na miejscu. I właśnie o przemijaniu i nietrwałości życia ludzkiego jest w moim odczuciu ta powieść.


Podczas lektury miałam wrażenie, że prawdziwymi bohaterami "Klucza" są dom nad jeziorem i czas. Owszem, poznajemy 12 osób związanych z letniskiem, ale są one zaledwie punktami na osi czasu. Ich życiorysy służą tak naprawdę zaznaczeniu pewnych wydarzeń historycznych, które w końcu tez mają charakter przejściowy. Rozwój przemysłu, narodziny nazizmu i antysemityzmu, II wojna światowa, przegrana Niemiec, wypędzenia, socjalizm, zburzenie muru berlińskiego, reprywatyzacja - to wszystko staje się udziałem kolejnych mieszkańców domu. I o ile budynek z przyległościami całkiem nieźle przetrwał zawieruchę XX wieku, o tyle ludzie okazali się mniej odporni na zmiany. Jasne staje się, że człowiek pojawia się na świecie tylko "na chwilę", miejsca były już przed nim i długo jeszcze pozostaną.

Erpenbeck pisze wyjątkowo oszczędnie, nawet przysłówki należą w powieści do rzadkości. Nakreślone życiorysy są mgliste i fragmentaryczne, postaci - z wyjątkiem pierwszych właścicieli tj. rodziny żydowskiej - są bezimienne. Zupełnie inaczej napisane zostały rozdziały zatytułowane "Ogrodnik"(swoją drogą bardzo ciekawa i zagadkowa postać): tu autorka szczegółowo wymienia czynności wykonywane w trosce o dom i ogród. Można wnioskować, że mieszkańcy tylko uzupełniają całość, są rekwizytami. Ciekawe jest również umieszczenie historii domu w specyficznych ramach: początek stanowi opis kształtowania się terenu od zarania dziejów, a koniec - rozbiórka budynku.

Po "Południcy" Julii Franck to moje kolejne udane spotkanie z prozą młodych literatów (a właściwie literatek) niemieckich. "Klucz do ogrodu" jest książką o nieprzeciętnej "urodzie", z gatunku tych głęboko zapadających w pamięć.

Jenny Erpenbeck, "Klucz do ogrodu", Wydawnictwo W.A.B., 2010

poniedziałek, 26 lipca 2010

Zadie Smith przedstawia: Poparzone dzieci Ameryki


Wbrew notce na okładce Zadie Smith napisała jedynie wstęp do tego zbioru opowiadań, natomiast wyboru dokonała para włoskich wydawców zapaleńców. Teksty dobrano podobno według precyzyjnego klucza: odzierają ze złudzeń wyobrażenia o Ameryce jako krainie dobrobytu i szczęścia, a autorami są najwybitniejsi pisarze młodego pokolenia. Piszę "podobno", bo po lekturze mam mieszane uczucia i myślę, że informacje z okładki są nieco przesadzone.


Spośród kilkunastu autorów w Polsce wydano książki zaledwie kilku m.in. Eugenidesa, Foera, Budnitz, Eggersa czy Lethema. Czy są oni wybitni, nie wiem. Niektóre opowiadania są dobre, niektóre nijakie. Niektóre rzeczywiście burzą amerykański mit, niektóre według mnie zupełnie przypadkiem znalazły się w zbiorze. Jedno jest pewne: większość z nich faktycznie nie napawa optymizmem. Wyłaniający się obraz przedstawia ludzi przegranych, bez ambicji, często "popapranych", dotkniętych uzależnieniami, chorobami i ocierających się o śmierć. Niezbyt to oryginalne i nawet surrealistyczne wstawki nie pomogą.

Gdybym miała wskazać moje ulubione opowiadania, byłyby to "Ale lala" Homes o randkach z lalką Barbie, "Dentofilia" Slavin o dziewczynie porośniętej zębami oraz "Chlust" Budnitz znane z jej zbiorku "Ładnego dużego amerykańskiego dziecka". Trudno jednak nazwać je rewelacyjnymi - ot, przyzwoicie napisane. I taka w głównej mierze jest moim zdaniem cała książka czyli w sumie dość przeciętna.

Zadie Smith przedstawia: "Poparzone dzieci Ameryki", Wydawnictwo Znak, 2005

piątek, 23 lipca 2010

Kraina zimnolubów - Tilmann Bünz


Gdyby nie notka Mary, raczej nie trafiłabym na tę książkę. Szkoda by było, bo jest doprawdy znakomita: świetnie napisana i - zaryzykuję stwierdzenie - odkrywcza. Oprócz tematów znanych np. ograniczanie spożycia alkoholu, parytety w zarządach spółek, ochrona waleni, autor (niemiecki dziennikarz) porusza szereg innych zagadnień, które zgodnie z informacją na okładce czynią Skandynawię regionem dość egzotycznym.

Książka podzielona jest na 7 rozdziałów, najwięcej uwagi poświęcono Szwecji, którą Bünz zna raczej dość dobrze, jako że spędził tu z rodziną 5 lat. Pisze także o innych krajach skandynawskich, a ponadto Grenlandii i Spitsbergenie. Mnie najbardziej zainteresowała Islandia: ta największa na świecie wyspa wulkaniczna jest bezdrzewna, ma największą liczbę noblistów przypadających na jednego mieszkańca (co nie dziwi, skoro liczba ludności wynosi niewiele ponad 300.000), a władze poważnie traktują tu lokalne wierzenia w elfy i trolle.

Z innych ciekawostek: Finowie będący potęgą na rynku usług telekomunikacyjnych są nadzwyczaj małomówni, rolnicy norwescy w trosce o swoje krowy kupują im specjalne materace, numer identyfikacyjny w Szwecji daje urzędnikom dostęp do tak szczegółowych informacji o obywatelach jak np. zgłoszenie kota na kwarantannę. Autor równie interesująco przedstawił także pracę na platformie wiertniczej oddalonej o 160 km od lądu oraz życie traperów na dalekiej Północy, podobnie zresztą jak śpiewających marynarzy znad Morza Arktycznego czy objazdową bibliotekę w Laponii.

Książka jest na tyle obrazowa, że aż chce się spakować i wyruszyć na zwiedzanie. Jedynym zgrzytem są błędy tłumaczki, która ma ewidentne problemy z gramatyką i związkami frazeologicznymi. Poza tym - duża gratka dla osób zainteresowanych Skandynawią.

Tilmann Bünz, "Kraina zimnolubów. Skandynawia dla początkujących", Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010

środa, 21 lipca 2010

Miłość po polsku - Manuela Gretkowska


Mimo szczerych chęci nie byłam w stanie wgryźć się w tę powieść. Pierwsze 73 strony przeczytałam sumiennie, później starałam się już tylko dobrnąć do końca. A przecież punkt wyjścia był interesujący: 43-letni mężczyzna po przejściach, mieszka od lat w Szwecji, poznaje kobietę życia. Nowa miłość, nowe życie.


Przede wszystkim uderzyło mnie rozproszenie - obok głównego wątku są tu dziesiątki innych. Gretkowska pisze o rozbitych rodzinach, toksycznych związkach, nowotworach, depresjach, zdradzie, emigracji, small biznesie, a nawet o polskiej demokracji i szpiegostwie. Niby wszystko wiąże się z życiem głównego bohatera, Miłosza, a jednak przytłacza i spycha tytułową miłość na boczne tory. Całość rozłazi się w szwach i oprócz kilku bon motów (np.: Szczęściarz, poznać kobietę swojego życia w wieku, gdy nie będzie już obwiniać ciebie za swoją przeszłość (s. 82)) nic tu dla siebie nie znalazłam. No, może jeszcze dobre, otwarte zakończenie.

Manuela Gretkowska, "Miłość po polsku", Świat Książki, 2010

poniedziałek, 19 lipca 2010

Drobne szaleństwa - Kaja Malanowska


Wyobraź sobie takie pobudki:

Budzi mnie światłowstręt i ból głowy przed szóstą rano. Kac po jednym piwie. Rozwolnienie. Kręgosłup. Jak zwykle moja własna fizjologia obraca się przeciwko mnie. Odkąd schudłam, ciągle się dziwię, że takie małe ciałko może dostarczyć tyle przykrości. W ogóle nie umiem panować nad własnymi uczuciami. Jest ich po prostu zbyt dużo. Wyciekają na zewnątrz, nawet kiedy staram się uszczelniać, zatykać i korkować. Parę razy dziennie mam napady paniki tak silne, że drętwieją mi palce u rąk, wargi i język. Trudno mi się wtedy utrzymać na nogach. W nocy budzę się, jęcząc i narzekając. Jego też budzę. Wstyd. (s. 26)


Albo inne dolegliwości:

Jazda metrem i przemarsz przez plac Bankowy wymagają wielkiego wysiłku woli. Męczą mnie ludzie wokół, chrząkania, nieznośne pomruki, jaki wydają, zapach ich nieświeżych oddechów, zbyt głośne rozmowy, ruch na przystankach autobusowych. Wydaje mi się, że nie zniosę płyt chodnikowych, krawężników, plackowo wyłysiałych trawników. Wytrącają mnie z równowagi witryny sklepowe, odłażące ze ścian plakaty, odpadający tynk. Świat wokół staje się zbyt agresywny i nie potrafię się odizolować od natłoku szczegółów, które wciskają mi się do głowy. (s. 150)


Nie jest lekko, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Główną bohaterkę, a zarazem narratorkę, dopada załamanie nerwowe. Nic jej się nie chce, jest rozchwiana emocjonalnie, zaniedbuje dom i pracę. Nie jest to jednak totalny zjazd w dół, bo czasem stara się opanować i szuka dla siebie ratunku. Jeśli jednak przyjrzeć się dokładnie "historii choroby" Mai, to łatwo da się zauważyć, że źródłem problemów jest ona sama. Skupia się całkowicie na sobie i natarczywej miłości do męża, jego nieobecność rozbija ją. Inni są irytujący, stają się ważni tylko wtedy, gdy mają czas i cierpliwość ją wysłuchać. Nawet kilkunastoletnia córka pojawia się w polu widzenia niczym duch, Mai na rękę jest jej zaradność i przedwczesna dojrzałość. Można się zastanawiać, jak długo rodzina i przyjaciele wytrzymają z taką osobą.

W jednej z recenzji przeczytałam, że powieść dość szybko staje się nudna. Nic podobnego. Niewiele w niej się dzieje, otrzymujemy za to bardzo szczegółowy zapis poczynań głównej bohaterki (notatki mają służyć terapii) z jej szarego życia. A jednak czyta się to z zainteresowaniem, mimo że chciałoby się potrząsnąć tą marudą (gdyby była dzieckiem, dodałabym: rozwydrzoną) i kazać się opamiętać. Krótkie zdania i prosty język nadają książce dobry rytm, natomiast wspomnienia z dzieciństwa i opowieści o znajomych (tak, tak, czasem uwaga Mai skupia się na także innych;) pozwalają na złapanie oddechu i oderwanie się od cierpień narratorki. Przy całej swojej obsesyjności Maja pozostaje bystrą obserwatorką otoczenia, jej spostrzeżenia są celne, choć często złośliwe.

Książki nie miałam w planach czytelniczych, po prostu wpadła w moje ręce w bibliotece i okazała się bardzo miłą (i dobrą) niespodzianką. Wreszcie trafiłam na opis życia człowieka z ulicy, a nie z okładek kolorowych magazynów. Chciałoby się prosić o lepszą szatę graficzną i staranniejszą korektę (np. tytuł filmu wspominany na str. 151 to raczej 'True romance', a nie 'Truth romance' ; jeśli zaczynamy "po pierwsze" (str. 21), to wypadałoby kontynuować wyliczankę, a więc "po drugie" itp.), ale składam to na karb ograniczonych finansów młodego wydawnictwa. Jednego jestem pewna po lekturze: nie chciałabym być w skórze ani głównej bohaterki, ani jej bliskich.

Kaja Malanowska, "Drobne szaleństwa", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010