środa, 15 lutego 2012

Sierpień w lutym

O Sierpniu Tracy’ego Lettsa pisze się, że to największe osiągnięcie w dramaturgii amerykańskiej początku XXI wieku. Autora w 2008 r. uhonorowano nagrodą Pulitzera, na Broadwayu sztuka grana była bez przerwy przez trzy lata. Prawdziwy sukces.


Oglądając inscenizację w warszawskim Teatrze Studio można dojść do wniosku, że kryzys w Stanach Zjednoczonych dosięgnął nie tylko sektor finansowy, ale i kulturę. Poziom sztuk musiał być marny, skoro Sierpień stał się przebojem. Owszem, kryzys rodzinny to temat inspirujący, dla widzów zawsze atrakcyjny. Dla Lettsa okazał się również nadzwyczaj pojemny, jako że w dramacie pomieścił alkoholizm, lekomanię, narkotyki, zdradę, seks z nieletnią, kazirodztwo, nielegalne interesy oraz uwaga! - wytępienie Indian. Jak na jeden teatralny barszcz to stanowczo za dużo grzybków, nic dziwnego zatem, że efekt jest mdły, a ważkie problemy zamiast poruszać - nużą.

fot. Bartosz Bobkowski


Nie lepiej jest z grą aktorów. Mimo niezłych nazwisk i świetnych okazji do zabłyśnięcia, kreacji w spektaklu brak. Ewa Błaszczyk głównie krzyczy, Edyta Jungowska jest taka jak zawsze, zazwyczaj świetna Teresa Budzisz-Krzyżanowska tu wydaje się wyjątkowo nierówna. Do dzisiaj pozostaje dla mnie także zagadką, czy Joanna Trzepiecińska grała osobę opóźnioną w rozwoju czy tylko stłamszoną. Za dobrą rolę uznałabym postać Małgorzaty Rożniatowskiej, która potrafi być i zabawna, i dramatyczna operując przy tym prostymi środkami wyrazu. Ciekawe, co zaprezentowałby Jerzy Trela, gdyby przyszło mu zagrać coś więcej niż kilka linijek na telebimie.

Czy coś mi się w ogóle podobało w spektaklu? Tak - scenografia i wykorzystanie multimediów. To niezbyt wiele jak na trzygodzinne przedstawienie, które bardzo dobrze rokowało. Szkoda.


***********************************

Sierpień Tracy Letts

przekład: Klaudyna Rozhin
reżyseria: Grzegorz Bral
muzyka: Guy Pearson
scenografia Paulina Czernek
obsada: Ewa Błaszczyk, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Agata Góral, Edyta Jungowska, Monika Obara, Małgorzata Rożniatowska, Joanna Trzepiecińska, Przemysław Bluszcz, Krzysztof Franieczek, Jacek Różański, Jerzy Trela (udział specjalny w projekcjach), Mirosław Zbrojewicz, Wojciech Zieliński

premiera: 1 lutego 2012 r. w Teatrze Studio w Warszawie



poniedziałek, 13 lutego 2012

Rachatłukum czyli ruda Olga


"Rachatłukum" Wolkersa jest jedną z najlepszych książek o miłości, jakie kiedykolwiek czytałam. To historia opowiedziana jednym tchem, w której buzują skrajne emocje. Wściekłość konkuruje ze smutkiem, rozgoryczenie sąsiaduje z tkliwością. Tu nie ma uczuć letnich i być może dlatego całość pozostawia czytelnika wymiętym, nie daje szybko o sobie zapomnieć.


Oto opowieść o atrakcyjnej Oldze, córce sklepikarzy i bezimiennym początkującym rzeźbiarzu. Jest namiętność, jest sztuka, jest zderzenie dwóch odmiennych światów. Z góry wiadomo, że problemy będą, narrator zresztą już w pierwszym zdaniu oznajmia, że dziewczyna go zostawiła. Rwanym tokiem, w dosadnych słowach, opowiada o swoim związku z rudą pięknością, któremu na drodze stanęły przesądy klasowe. Nieważne, że rzecz dzieje się w Holandii w latach 60-tych: niepokorny artysta nie zawsze mieści się w drobnomieszczańskim pojęciu poukładanego życia.

Romantyczności tu jak na lekarstwo, bohaterowie do sympatycznych nie należą, a jednak "Rachatłukum" jest piękną i przejmującą książką o miłości. Nie wzruszającą, ale właśnie przejmującą. Na tym chyba między innymi polega różnica między tanim melodramatem a dobrą historią miłosną. U Wolkersa jest coś jeszcze: maksimum treści w minimum objętości czyli cecha nie tak często spotykana w literaturze. Gorąco polecam.

______________________________________________________________________

Jan Wolkers "Rachatłukum", tłum. Andrzej Dąbrówka, Wyd. Iskry, Warszawa, 1990
______________________________________________________________________


czwartek, 9 lutego 2012

Kaszanka i inne problemy

Iwaszkiewicz nie przestaje zaskakiwać. Niedawno czytałam o tym, jakim to był dbałym mężem i gospodarzem domu, teraz okazuje się, że był również dobrym ojcem. Listy do córek Marii i Teresy (słane od ich najmłodszych lat) pokazują, że twardo stąpał po ziemi i niekoniecznie pisanie zajmowało mu najwięcej czasu. Był mocno zaangażowany w sprawy domowe poczynając od zaopatrzenia, remontów i prac ogrodowych na zamążpójściach i rozwodach córek oraz opieką nad wnukami kończąc. A przecież obowiązków związanych z działalnością literacką oraz pełnionymi funkcjami miał sporo, do tego prowadził dość rozległe życie towarzyskie. Człowiek orkiestra - można powiedzieć.


W korespondencji widać jak na dłoni charakter Iwaszkiewicza. Że był człowiekiem nad wyraz rodzinnym, to już wiadomo. W listach znać także ogromną wyrozumiałość i cierpliwość, których to cech niewątpliwie wymagało obcowanie z licznymi i często kłopotliwymi domownikami. Rzadko pozwalał sobie na narzekanie, choć można odnieść wrażenie, że ze względu na długotrwałą chorobę żony z wszelkimi kłopotami borykał się w pojedynkę. I chyba ten motyw najczęściej pojawia się w listach Iwaszkiewicza: nieustająca troska. Nie tylko o najbliższych i przyjaciół, ale i o czworonożnych domowników (było ich bez liku) i rośliny w ogrodzie. Nie ukrywam, że polubiłam pana Jarosława.

zdjęcie z archiwum Muzeum Iwaszkiewiczów


Kilka fragmentów do posmakowania:

16.IV.1950

U nas w dalszym ciągu kryzys gabinetowy w kuchni, gosposia na odchodnym zasmrodziła wszystkie wędliny, a babcia każe Wróblewskiej podawać je do obiadu. Nikt tego oczywiście nie je, tylko babcia w ogromnych ilościach, ostatnio była tak skwaśniała kaszanka, że nawet koty cioci Jadwini nie chciały jej jeść, a babcia zjadła olbrzymie dwie porcje! Wszyscy baliśmy się, że zachoruje, ale jakoś nic. [str. 240]

14.X.1950

Byłem w tych dniach u Krzywickiej, nie masz pojęcia, jakie cudo wyrasta z Rozamundy. W tych dniach Irena pisała do cioci Heli z podziękowaniem za nią, pisząc, że takiego kota w życiu nie widziała. "Krzywicka takiego kota nie widziała - ś w i a t takiego nie widział!". Wyobraź sobie, jak ja to mówię, z wielkim akcentem na słowo świat. Drapella z Siuśkiewiczów, księżna Zasralska, przed kilkoma dniami zrobiła mamie na łóżko wielką rzadką kupę, a wczoraj ten wyczyn powtórzyła u Marysi! Wstrętne kocisko! [str. 261]

12.XI.1950

Z moimi książkami nic nie słychać, wczoraj rozmawiałem z Kurylukiem o Bachu, ale poprzysiągłem sobie nic więcej w PIW-ie nie wydawać, cóż to za ludzie niemożebni - i skąpstwo takie, jak u najprywatniejszego Mortkowicza, w "Czytelniku" jeszcze mimo wszystko inne są warunki i rozmowy. Trochę przykro na starość użerać się z wydawcami - a jak na złość przeczytałem przysłaną mi z Paryża książeczkę Z czego żył Tołstoj - gdzie są wyliczone wszystkie jego honoraria! Zresztą wystarczy przeczytać listy Orzeszkowej czy Sienkiewicza, żeby wiedzieć, ile oni w tamtej "złej" epoce zarabiali i nie potrzebowali latać po wydawcach jak komiwojażerowie. No, ale trudno, w takiej epoce się żyje. [str. 267]

4.IX.1951

Charakter waszej matki jest jednym z najczystszych i najpiękniejszych charakterów, jakie w ogóle można spotkać. Dobrze jest, kiedy zdajecie sobie z tego sprawę. [str. 318]

__________________________________________________________________________________

Jarosław Iwaszkiewicz "Listy do córek" opr. Anna i Radosław Romaniukowie PIW, Warszawa, 2010
__________________________________________________________________________________



poniedziałek, 6 lutego 2012

Penelopa nie zawodzi

Penelope Fiztgerald najwyraźniej upodobała sobie jako miejsce akcji swoich powieści placówki kulturalne. Czytałam już o księgarni (The Bookshop), o teatrze (At Freddie's), tym razem przyszła kolej na muzeum. The Golden Child (1977) opowiada o perypetiach związanych z ważną wystawą w niemniej ważnym muzeum w Londynie, przy czym najciekawszymi eksponatami wydają się pracownicy tej szacownej instytucji. Barwna galeria postaci stanowi nie tylko ilustrację skomplikowanych relacji w miejscu pracy, ale i punkt wyjściowy dla serii dramatycznych i zabawnych wydarzeń.


A dzieje się sporo w tej krótkiej historyjce. Jest wątek kryminalny, jest zderzenie Wschodu z Zachodem (czyli Anglik w Związku Radzieckim), jest też nieco pechowy bohater, który musi podołać sytuacji. Wszystko podane ze smakiem i z humorem, jak to u Fitzgerald. Jeśli sięgnąć głębiej, otrzymamy wyśmienitą satyrę na instytucję muzeum oraz na okrzyczane wydarzenia kulturalne przeradzające się w istną manię. Jedno jest pewne: bez względu na wybrany poziom lektury satysfakcja zeń płynąca jest gwarantowana.;) Po raz trzeci mogę tylko ponarzekać, że autorka nie doczekała się polskich przekładów: książek lekkich i inteligentnych nie ma przecież u nas w nadmiarze.

_______________________________________________

Penelope Fitzgerald 'The Golden Child', Flamingo, 1995
_______________________________________________


piątek, 3 lutego 2012

Marcowe spotkanie Klubu Czytelniczego


Słowo się rzekło, Magda Szabo u płota. Zapowiadałam wcześniej w kilku miejscach, że porozmawiamy o "Świniobiciu" (1964) i tak też będzie. Literatura węgierska jeszcze w klubie nie gościła, a dobra powieść psychologiczna o trudnych relacjach rodzinnych zawsze w cenie, tak więc może być ciekawie. Wbrew tytułowi krwawo nie będzie, interesująco - na pewno.;)


Początek dyskusji: piątek 23 marca 2012 r. Zapraszam wszystkich chętnych;)