wtorek, 15 listopada 2011

Nałuskałam się

Za pierwszym razem moje łuskanie fasoli z Myśliwskim skończyło się po 100 stronach. Nie porwała mnie historia starszego pana, utknęłam na jednym z meandrów tej tasiemcowej opowieści. Potrzeba było kilku lat i bata w postaci planowanej dyskusji w bibliotecznym klubie książki (dzisiaj wieczorem inauguracja), żebym ponownie sięgnęła po powieść. Tym razem było znacznie lepiej: czytanie poszło jak z płatka.


Autorowi nie można odmówić pomysłowości i rozmachu, nie można mu też odmówić biegłości w tworzeniu pięknych scen. U Myśliwskiego historyjki sypią się niczym ziarna fasoli z wysuszonych strąków. O piaskownicy i wigilijnych potrawach, o drzewach i kobiecych nogach, o pociągach i chorobach, a przede wszystkim - o muzyce i kapeluszach. Stopniowo klaruje się życiorys narratora, powoli poznajemy lepiej tego tajemniczego mężczyznę. Tylko co z tego wynika? Dla mnie niewiele, bo to książka o wszystkim i o niczym. Ilość poruszanych tematów i powtarzalność chwytów literackich zaczęła mnie w pewnym momencie przytłaczać. Odniosłam wrażenie, że tak naprawdę cała opowieść zmierza donikąd. Naturalnie mógł być to świadomy zabieg autora, mnie niestety nie przekonał.

Mając w pamięci znakomity "Widnokrąg" i "Nagi sad" poczułam się nieco rozczarowana. "Traktat o łuskaniu fasoli" bez wątpienia dostarcza licznych doznań estetycznych i wzruszeń, brakuje w nim jednak myśli przewodniej. Dla mnie to przykład powieści, w której "więcej" nie znaczy "lepiej", wręcz przeciwnie. Myślę, że skrócenie tekstu o kilkadziesiąt stron dałoby lepszy efekt, ale to naturalnie moje widzimisię. Tak czy owak, Myśliwskiego warto czytać - ma swój własny styl i tworzy literaturę wyjątkowo piękną.

_____________________________________________________________________

Wiesław Myśliwski "Traktat o łuskaniu fasoli", Wydawnictwo ZNAK, Kraków, 2006
_____________________________________________________________________


piątek, 11 listopada 2011

My się chyba już znamy

Panna Hearne uśmiechnęła się do odbicia swej kanciastej twarzy. Pod jej spojrzeniem ta twarz w lustrze przeobraziła się w i zaokrągliła, ziemista cera pojaśniała, długi spiczasty nos, na którym osiadła łezka zimna, stał się pięknym noskiem. Ciemne oczy, rozlatane, pełne urojonych obaw, patrzyły teraz wielkie, sarnie, świetliste. Jej piersi i ramiona brzydkie jak najtańszy wieszak, nabrały łagodnej krągłości ponad wiotką znów dziewczęcą kibicią.

Widziała w lustrze ta nieładna panna Hearne siebie zmienioną zupełnie, widziała swoją urodę. Jeszcze mogła się łudzić. Jej brzydota, która kiedyś kiełkowała ukryta w niezgrabnym gapiowatym podlotku, potem rosła w niepozornej młodej pannie, a teraz już zaczynała kwitnąć w kobiecie powyżej lat czterdziestu, jeszcze nie była brzydotą uderzającą, pełny rozkwit miała osiągnąć dopiero w kobiecie starej, uniemożliwiając raz na zawsze wszelkie zabawy w piękność przed lustrem.
[str. 18]


Czytając powieść Briana Moore'a niejednokrotnie przychodziło mi na myśl, że tak mogłyby wyglądać dalsze losy Jean Brodie z powieści Muriel Spark. Judyta pełnię życia ma już za sobą, ale bardzo przypomina mi pannę B. - ma równie nieznośny sposób bycia. Nie wiem, co bardziej zaważyło na tych skojarzeniach - podobny styl pisarski i postacie czy też fakt, że obie bohaterki w adaptacjach filmowych zagrała ta sama aktorka - Maggie Smith. Jedno jest pewne - "Judyta" podobała mi się bardzo.

U Moore'a okoliczności są naturalnie inne niż u Spark: ponury Belfast lat 50-tych, a w nim stara panna w wynajętym pokoju. Utrzymuje się ze skromnej renty po ciotce i lekcji muzyki, niestety uczniów zaczyna brakować. Jedyną radością jest cotygodniowa herbatka u znajomych - Judyta przeżywa te spotkania tak bardzo, że zawczasu przygotowuje sobie tematy do omówienia. Równie gorliwie podchodzi do każdego nowo poznanego mężczyzny - a nuż okaże odrobinę zainteresowania i coś z tego wyjdzie? Owo "coś" to naturalnie małżeństwo, bycie żoną jest dla głównej bohaterki szczytem marzeń i ostatnią deską ratunku, zwłaszcza że nawet Jezus ją opuścił.

Szkoda mi tej Judyty. Bywa natrętna i nietaktowna, jej rozpaczliwe działania budzą głównie irytację, ale żal mi kobiety. To oczywiście zasługa autora, który pomysłowo przedstawił swoją bohaterkę: pozwolił czytelnikowi "podsłuchiwać" jej myśli, a czasem także osób postronnych. Nic tylko współczuć. Zaznaczam, że nie jest to powieść ckliwa czy jednowymiarowa. Wręcz przeciwnie, to powieść poruszająca co najmniej kilka istotnych tematów, z dobrze wymyśloną bohaterką i narastającym napięciem. Raczej bym na nią nie trafiła, gdyby nie kwiecista okładka wydania amerykańskiego:


__________________________________________________________________

Brian Moore "Judyta", tłum. Zofia Kierszys, Wydawnictwo PAX, Warszawa, 1971
__________________________________________________________________


środa, 9 listopada 2011

Emma Bovary doby PRL-u

Każda epoka ma swoją panią Bovary, PRL również. Film Zbigniewa Kamińskiego "Pani Bovary to ja" (1977) nie jest wierną ekranizacją powieści Flauberta, ale książka odgrywa w nim istotną rolę. To po jej przeczytaniu 30-letnia Anna (Jadwiga Jankowska-Cieślak) konstatuje, że ma wiele wspólnego z bohaterką powieści. Jej życie jest równie nudne (wychowuje kilkuletniego synka), z mężem ( Tomasz Grochoczyński) rzadko obecnym w domu rozumie się coraz gorzej, do tego dochodzą różnego rodzaju ograniczenia - na samochód trzeba długo czekać w kolejce, wycieczka do Włoch jest za droga, mieszkanie w bloku też nie jest szczytem marzeń. Sfrustrowana kobieta postanawia ubarwić swoją szarą egzystencję, od czego są w końcu oszczędności na książeczce PKO;). Zaczyna się szał zakupów, wizyty u kosmetyczki, potencjalny kochanek też się znajdzie.


Po raz pierwszy film Kamińskiego widziałam kilkanaście lat temu - bardzo mi się wówczas spodobał. Po raz drugi obejrzałam go niedawno (cykl "Polka w kinie" w Kino Polska), będąc na zupełnie innym etapie życia - wrażenia były jednak podobne. Główna bohaterka nie straciła na autentyczności, a jej rozgoryczenie nie różni się niczym od rozgoryczenia współczesnych 30-latek. Ten mało znany film zaskoczył mnie dobrym poziomem: jest sprawnie zrobiony i zagrany, pomysłowo wykorzystuje XIX-wieczną powieść (od czasu do czasu z offu słychać fragmenty "Pani Bovary" komentujące poczynania Anny) i najzwyczajniej w świecie wciąga. Co więcej, twórcy filmu pokusili się o własne zakończenie: główna bohaterka nie umiera, ale na swój sposób przegrywa. Myślę, że miłośnicy kina i literatury nie będą zawiedzeni.


*******************************
Pani Bovary to ja (1977)

reżyseria: Zbigniew Kamiński
scenariusz wg pomysłu Andrzeja Szczypiorskiego: Zbigniew Kamiński
muzyka: Franciszek Szubert
obsada: Jadwiga Jankowska-Cieślak, Tomasz Grochoczyński, Jerzy Radziwiłowicz, Krystyna Janda

Więcej informacji o filmie tutaj, choć streszczenia lepiej nie czytać - zdradza wszystko;(



poniedziałek, 7 listopada 2011

Nie tylko dla chemików


A może wręcz głównie dla laików. Fotobiografia Marii Skłodowskiej-Curie jest publikacją szczególną - to przede wszystkim zdjęcia, pokazujące Noblistkę od jej najmłodszych lat do ostatnich miesięcy życia. Album ma 180 stron i zawiera co najmniej tyle samo fotografii, można więc poznać inną twarz Skłodowskiej niż ta, która przez lata pokutowała w podręcznikach i okolicznościowych wydawnictwach. Jest tu fizjonomia podlotka i staruszki, zdjęcia pani naukowiec na łonie rodziny i w miejscu pracy oraz szacownej Noblistki odbierającej wyróżnienia na licznych uroczystościach. Komentarz do fotografii stanowią fragmenty korespondencji, dziennika oraz autobiografii Skłodowskiej. Kilka listów zamieszczono w całości, można więc zabawić się w grafologa;). Dla mnie najciekawszy jest jednak rysunek psa wykonany przez nastoletnią Marysię:


Przeglądam album po raz kolejny i myślę sobie, że gdybym otrzymała taki w szkole jako nagrodę, być może miałabym więcej serca do chemii i zainteresowała się tym przedmiotem. Ciekawe zdjęcia i nietuzinkowy życiorys (na końcu książki znajduje się biogram w trzech wersjach językowych) mają dużą moc przekonywania. W przypadku Skłodowskiej ten życiorys na pewno nie pozostawia obojętnym: Polka, wybitny naukowiec w czasach mało przyjaznych kobietom, dwukrotnie uhonorowana najważniejszą nagrodą w dziedzinie nauki, do tego pracująca nad substancjami niebezpiecznymi. Piękna postać, niestety słabo "promowana" na lekcjach, a szkoda. Całe szczęście, że obecnie robi się znacznie więcej w tym kierunku i Noblistka ma szansę zaistnieć szerzej w świadomości Polaków.


Dzisiaj mija 144. rocznica urodzin Marii Skłodowskiej-Curie.

____________________________________________________________________________________

Małgorzata Sobieszczak-Marciniak "Maria Skłodowska-Curie. Fotobiografia", koncepcja i opracowanie graficzne: Maciej Sadowski, Wyd. Studio Emka, Warszawa 2011
____________________________________________________________________________________


czwartek, 3 listopada 2011

Pozory mylą

'I thought you said she was in love with the boy'.
'So she was.'
'Well, wasn't it only last week he died? You said he died of desyntery in Burma.'
'Yes, I know. But she met this naval type on Monday, she's madly in love with him.'
'She can't be in love with him,' said Nicholas.
'Well, they've got a lot in common she says.'
'A lot in common? It's only Wednesday now.'
[str. 95]

Powieść Muriel Spark z 1963 r. w lekkim tonie opowiada o losach kilku niezamożnych dziewcząt, które próbują zorganizować sobie życie w powojennym Londynie. Jest wśród nich otyła Jane aspirująca do roli intelektualistki, jest też nadzwyczaj atrakcyjna Selina, w tle słychać pobożną nauczycielkę dykcji Joannę, od czasu do czasu pojawia się również lekko stuknięta Paulina. Charakterystyka bohaterek może sugerować zabawną historyjkę, ale to tylko pozory.

Na zaledwie 144 stronach autorce doskonale udało się pokazać atmosferę pierwszych tygodni po zakończeniu wojny. Powroty do zburzonych domów, reglamentacja żywności, paliwa i mydła, urządzanie się na nowo. Z jednej strony radość i nadzieja, z drugiej - poczucie straty. Zabiegane bohaterki powieści nieźle sobie radzą z trudnościami, w miarę możliwości korzystają z uciech życia. A jednak daje się tu wyczuć niepewność i troska o przyszłość, co w przypadku braku pieniędzy i męża nie powinno dziwić.

The Girls of Slender Means nie oczarowały mnie podczas lektury. To książka, której urok i wartość dociera po przeczytaniu ostatniej strony. Lepiej spojrzeć na nią całościowo, żeby móc docenić oryginalną konstrukcję fabuły, powtarzające się cytaty i niedopowiedzenia - wtedy dopiero zaczyna błyszczeć pełnym blaskiem. Niezła rzecz.

______________________________________________________

Muriel Spark 'The Girls of Slender Means', Penguin Books, 1966
______________________________________________________