piątek, 31 grudnia 2010

Podsumowanie roku 2010

Rok 2010 przyniósł mi wiele bardzo dobrych lektur, a kilka znakomitych. Większych rozczarowań udało mi się uniknąć. Lista faworytów byłaby długa, wymienię tylko te tytuły (kolejność alfabetyczna), które zrobiły na mnie największe wrażenie:

1. "Chamowo" Mirona Białoszewskiego
2. "Tamta strona ciszy" Andre Brinka
3. "Wszystko jest iluminacją" Jonathana Foera

Zarówno Białoszewski, jak i Brink to autorzy, do których jeszcze niejednokrotnie powrócę. Podobnie ma się rzecz w przypadku Dona DeLillo i Philipa Rotha.

Jeśli chodzi o wydarzenia literackie kończącego się roku, ogromnie ucieszyły mnie dwa, a mianowicie:

1. Nagroda Nobla dla Mario Vargasa Llosy - bardzo sobie cenię tego pisarza, to chyba moja największa fascynacja literacka z czasów studenckich

2. "Dziennik" Sławomira Mrożka - świetne wydanie świetnej literatury

Do minusów zaliczę decyzję o wprowadzeniu podatku VAT na książki i wysyp książek napisanych przez pseudo-celebrytów związanych z telewizją.

I tyle.

Do siego roku! ;)))

czwartek, 30 grudnia 2010

Rotters' Club - Jonathan Coe


- No właśnie, dlaczego Berlin jest podzielony? Zawsze sie nad tym zastanawiałem.
- Nie wiem. Bo chyba przez środek płynie rzeka, nie? Wiesz, jak Tamiza. To chyba Dunaj albo coś takiego.
- Myślałem, że to ma coś wspólnego z zimną wojną.
- Może i tak. (...).
- A w tej zimnej wojnie to o co chodzi? W ogóle dlaczego nazywa się "zimna"?
- No cóż - mruknął Benjamin, próbując zapalić się choć trochę do tego tematu. - No bo w Rosji jest chyba bardzo zimno, nie?
[str. 63].

To tylko drobne problemy, jakie frapują młodych bohaterów powieści dorastających w latach 70-tych w Birmingham. Ich życie toczy się wokół szkoły, pierwszych miłości i punk rocka, ale równie ważne pozostają wydarzenia o znacznie szerszym zasięgu: wystąpienia rasistowskie, strajki robotników, krwawe potyczki z IRA. Do tego dochodzą kłopoty w rodzinie, niekiedy prawdziwe tragedie.


Po takim wstępie można by sądzić, że Coe napisał ponurą książkę o bólach dojrzewania. Nic bardziej mylnego - powieść jest wyważona i stanowi znakomite połączenie powagi i humoru. Chwilami rozśmiesza, chwilami wzrusza, ale przede wszystkim daje rzetelny obraz życia Brytyjczyków przed czterdziestu laty. Autor wykorzystał tu prawdziwe zdarzenia i postaci z ówczesnego okresu, co w moim odczuciu bardzo uatrakcyjniło całość (można się na przykład dowiedzieć, że cenionemu dziś Ericowi Claptonowi zdarzyły się kiedyś niechlubne wypowiedzi rasistowskie). Ważnym bohaterem "Rotters' Club" jest także samo Birmingham i okolica.

Powieść sprawiła mi sporo frajdy - duża w tym zasługa potoczystego stylu i wyrazistych bohaterów (przyjemnie czytać o inteligentnych nastolatkach;))). Przywiodła mi na myśl stary, dobry serial o Adrianie Mole'u oglądany dawno temu w telewizji, przy czym zaznaczam, że bohaterowie Coe'a nie są aż tak zabawni. Książka wciągająca i poruszająca, jak najbardziej godna polecenia. Coraz bardziej kusi mnie jej kontynuacja "Zamknięty krąg", która rozgrywa się ponad 20 lat później.

Jonathan Coe "Rotters' Club", tłum. Robert Sudół, Wydawnictwo Noir Sur Blanc, 2005

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Sceny z życia wiejskiego - Amos Oz


Była to stara i senna, ponadstuletnia wieś: bujne drzewa, czerwone dachy i małe gospodarstwa, z których wiele zamieniono na sklepiki sprzedające domowe wina, oliwki z papryką, wiejskie sery, egzotyczne przyprawy i rzadkie owoce albo makramy. [str. 49]


Fikcyjna wioska Tel Ilan oraz jej mieszkańcy to główni bohaterowie opowiadań Oza. Czas płynie tu powoli, niemal sennie: zgiełk wielkiego świata nie zakłóca spokoju małej społeczności. Nie znaczy to, że mieszkańcy nie mają problemów: ktoś się zakochał, kogoś zostawiła żona, innych nękają prawnicy lub agenci nieruchomości. Niby nic nadzwyczajnego się nie dzieje, a jednak czasem ma się wrażenie, że zadziałała magia.

Książka jest urokliwa, głównie za sprawą świetnych portretów oraz niezwykłego klimatu. Na dłużej w pamięci pozostanie mi opowiadanie "Kopanie" o stetryczałym byłym pośle, co do innych mam niestety wątpliwości. Ot, przyjemna lektura, ale bez rewelacji.

************************************************************
Luźny fragment z mojego ulubionego opowiadania, szkoda żeby przepadł:

Czasami zjawiał się przedstawiciel gminy i prosił Rachel, by zadbała o przystrzyżenie żywopłotu, który rozrósł się dziko i utrudnia przejście. Albo akwizytor sprzętu elektrycznego, żeby jej zaoferować zmywarkę do naczyń czy suszarkę do bielizny w dogodnych ratach (staruszek na to: "Suszarkę!? Elektryczną?! Do bielizny?! Co to ma być? Słońce przeszło na emeryturę? A sznurki na islam?"). [str. 53-54]

Amos Oz "Sceny z życia wiejskiego", przeł. Leszek Kwiatkowski, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań, 2010

czwartek, 23 grudnia 2010

Mao II - Don DeLillo


O takich książkach mówi się: niepokojąca. Najważniejsze jej wątki to terroryzm, sztuka oraz tłum, a zważywszy, że minęło już blisko 20 lat od ukazania się "Mao II", prognozy autora nabrały nowego wymiaru. Coś, co w powieści było czystym wymysłem (fakt, stworzonym na bazie konkretnych wydarzeń) z biegiem lat stało się ponurą rzeczywistością.


Książka DeLillo jest tak "gęsta" od treści, że wymaga kilkakrotnego przeczytania i przemyślenia na spokojnie. Niemniej już podczas pierwszej lektury zastanawiają niektóre pomysły np.taki:

Istnieje przedziwny węzeł łączący powieściopisarzy z terrorystami. Na Zachodzie stajemy się sławnymi postaciami, podczas gdy nasze książki tracą moc kształtowania i wpływu. Wiele lat temu myślałem, że pisarz jest w stanie zmienić wewnętrzne życie kultury. Teraz to terytorium przejęli konstruktorzy bomb i ludzie z bronią. To oni najeżdżają ludzką świadomość. To, co pisarze kiedyś robili, dotyczyło nas wszystkich.(...) Ludzie potrzebują wyłącznie wiadomości o tragediach. Im bardziej ponura wiadomość, tym wspanialsza relacja. [str. 52-53]

W powieści polityka i sztuka są ze sobą mocno powiązane, a łącznikiem jest postać Mao Zedonga. Pojawia się nie tylko z racji wspominanych tu kilkakrotnie prac Warhola, ale także jako przywódca mas, twórca rewolucji oraz autor Czerwonej książeczki. Pod koniec XX wieku ma wciąż wielu wyznawców, maoiści właśnie poprzez terror (skierowany bezpośrednio m.in. przeciw literatowi) usiłują wpływać na wydarzenia:

(...) terroryzm jest tym, co wykorzystujemy, żeby dać naszym ludziom miejsce w świecie. To, co było osiągane pracą, dostajemy terroryzmem. Terroryzm sprawia, że nowa przyszłość jest możliwa. Wszyscy ludzie jednym człowiekiem. Ludzie żyją w historii jak nigdy przedtem. (...) tworzymy i zmieniamy historię minuta po minucie. Historia nie jest książką ani ludzką pamięcią. Tworzymy historię rano i zmieniamy ją po lunchu. [str. 249]

W tekście przytoczona została myśl Mao: Naszym bogiem nie jest nikt inny, tylko masy chińskiego narodu. [str. 175] Czytając DeLillo łatwo da się zauważyć więcej takich mas: w prologu dochodzi do zaślubin kilku tysięcy wyznawców sekty Moon, tłum jest obecny w jednym z nowojorskich parków, na placu Tiananmen w Pekinie, czy wreszcie w Teheranie wokół zmarłego Chomeiniego. Trudno jednak uznać, że to zgromadzeni stają się bogiem, ewidentnie poddają się pewnej osobie lub idei. To zresztą kolejny trop w powieści: miejsce jednostki w społeczeństwie. Wybór jest niewielki - albo jest się nic nieznaczącą cząstką masy, albo swego rodzaju wyrzutkiem, także bez większego znaczenia.

Ważnym motywem w "Mao II" są również zdjęcia. Pojawiają się niemal wszędzie: w telewizji, w prasie, na ogromnych ekranach miejskich wieżowców. Towarzyszą ludziom przez cały czas, w coraz większym stopniu zawłaszczają ich życie. Im bardziej drastyczne, tym większe zainteresowanie wzbudzają. Fotografie są cennym towarem, mogą posłużyć do dobierania ludzi w pary, w przypadku pisarza mogą całkowicie odmienić jego życie. To ciekawe, jak daleko zdjęcie potrafi sięgnąć. [str. 55]

Bogactwo pomysłów w powieści DeLillo może przyprawiać o lekki zawrót głowy, jednak warto go sobie zafundować - "Mao II" to bezsprzecznie lektura, która daje dużo do myślenia i zmusza do powtórnego, choćby fragmentarycznego, czytania. Dla mnie to zdecydowanie jedna z najlepszych książek przeczytanych w tym roku.

Don DeLillo "Mao II", przeł. Krzysztof Obłucki, Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa, 2010.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

At Freddie's - Penelope Fitzgerald

Oto Londyn AD 1963 i dziecięca szkoła teatralna niejakiej Freddie. Nie wiadomo, co jest lepiej znane w branży: jej nieprzeciętne zdolności biznesowe czy edukacyjne. Jedno jest pewne - nie sposób się oprzeć tej wiekowej damie, która potrafi pokonać przeciwników nie wychodząc zza biurka. Dzięki temu szkoła - od lat balansująca na granicy bankructwa - jest w stanie z różnym skutkiem funkcjonować.


Powieść toczy się w świecie teatru i trzeba przyznać, że instytucja ta roztacza niezwykły urok wokół swoich "poddanych". Niektórzy ulegają mu nieświadomie teatralizując swoje życie, inni zaś Melpomenie podporządkowują się z przekonania. I jak często bywa na scenie, tak i u Fitzgerald każdy ma swoje pięć minut. W pełni zasłużonych, bo wszyscy bohaterowie są niezwykle barwnymi postaciami, nawet jeśli jest to drugorzędny aktor lub asystentka dyrektorki. Sporo się dzieje w tym specyficznym środowisku, a przebieg wydarzeń potrafi być zaskakujący.

Książkę czytałam z ogromną przyjemnością nie tylko dlatego, że i dla mnie teatr jest miejscem magicznym. Powieść jest przede wszystkim świetnie napisana - lekko, a zarazem z niezwykłą precyzją (co widać znakomicie m.in. w dialogach). Duża w tym także zasługa humoru, oto próbka:

The truth is, she told herself, you'd be known as a teacher if you were standing naked in the middle of the Gobi desert. If a human being came along he'd recognise you at once for a teacher and know you were harmless. In the case of us females, it's perhaps something to do with the kind of capacious bag we have to carry. Naked or not, we'd never give that up. [str. 80].

At Freddie's to znakomita powieść o ludziach z pasją, którym nie są obce także przyziemne odczucia;) To również książka o odchodzeniu w przeszłość pewnej kultury, którą wypiera nowoczesność i twarde prawa rynku. I tylko żal, że Penelope Fitzgerald nie doczekała się jeszcze tłumaczeń na język polski. Co więcej, nic nie wskazuje na to, aby sytuacja miała ulec zmianie.

Penelope Fitzgerald 'At Freddie's', Flamingo, London 1989